//
you're reading...
10 rzeczy, styl w opór

10 rzeczy, których nauczyłem się z RACEISM i NEXT LEVEL – THE EVENT

Przez lata mojej nazwijmy to „kariery” pisacza driftingowego udało mi się mówić źle o profesjonalnym driftingu i drifterach w Polsce niemal w każdym kontekście. Narzekałem na ich nieustającą pogonią za mocą. Na ich zawężony światopogląd. Na ich manię wrzucania V8 do małych nadwozi. Na jakość ich driftcarów. Raz nawet pokłóciłem się z jednym z organizatorów, bo ten chciał cenzurować mojego bloga.

Nigdy natomiast nie miałem zażaleń co do jakości aut na naszej rodzimej scenie stance’u. Kilka lat temu uświadomiłem sobie jednak, że niskie i gustownie zmodyfikowane auta robią ma mnie wrażenie wyłącznie wówczas, gdy są w ruchu. Stąd moja początkowa niechęć do stance’owych eventów sprawiła, że omijałem je szerokim łukiem. Tak jak PC’towcy omijają konsole.

Wszystko pomieszało się gdy w ubiegłym roku odwiedziłem po raz pierwszy THE RACEISM. Byliście w ogóle kiedyś na RACEISM? Zakładam, że tak, w przeciwnym wypadku co byście tutaj robili? Dla tych, którzy nie wiedzą, to taki coroczny chujowy event motoryzacyjny – powiedział nikt, nigdy.

Ok przyznaję, zdarzyło mi się słyszeć głosy, że zarówno RACEISM jak i NEXT LEVEL to eventy dla egoistów i że są złe, niedobre i w ogóle be! Jakby coś to ja się z tym nie zgadzam. Podczas, gdy tamte osoby stoją teraz pewnie w kolejce po kolejną tubkę butaprenu, ja bezapelacyjnie twierdzę, że to najlepsze eventy w tym roku.

Bo jaki inny tegoroczny event może być ciekawszy od colabo Raceism i Next Level? To było retoryczne pytanie, nie chodzi o to, żebyście teraz wymieniali eventy w komentarzach. „DRIFT OPEN Koszalin było lepsze!”, „Majówka BMW była lepsza!”,  „VW Mania będzie lepsza!” no dobra bez przesady, ale mam nadzieję, że takich oszołomów tutaj nie ma.

Nim pobiegniesz do komentarzy napisać, że jestem głupi, a RACEISM i NEXT LEVEL to dno i kupa, poczekaj. Daj mi powiedzieć czego nauczyłem się z tych eventów. A potem jeśli nadal nie zmienisz zdania, zapraszam do komentarzy.

10. Pierwszy kontakt może wpłynąć na ocenę całokształtu – kolejki, Sebixy i Karynki

W zeszłym miesiącu sugerowałem znajomym, by zamówili swoje bilety na THE EVENT przez internet. Po pierwsze są one tańsze. Po drugie nie trzeba stać w kilometrowej kolejce. Tak przynajmniej wówczas myślałem. Tegoroczna sytuacja przy „budce” pokazała mi, w jak dużym błędzie byłem. Stojąc z mą wybranką – Oliwią – pod okienkiem dumnie opisanym „MEDIA” w celu odbioru przyznanej mi akredytacji, zacząłem się zastanawiać nad pewną rzeczą. Czy powinienem nakleić sobie na czole dildo, zatańczyć makarenę i klepać obcych ludzi po dupie, żeby zostać zauważonym? Wiem, że nie jestem wysokim, ale sięgam ponad ladę. Chyba. 15 minut stania pod pieprzonym okienkiem i wydaniem mi akredytacji z gracją znaną mi z dworca PKP, weszliśmy.

Więc porada numer jeden dla odwiedzających, mimo wszystko zamawiajcie bilety przez internet. Porada numer dwa, zapiszcie się na jakąś jogę czy coś podobnego, co zapewni wam wewnętrzny spokój, gdy będziecie stali w kilometrowej kolejce. Elektroniczny bilet musicie bowiem wymienić na opaskę. Tak. Zamawiacie sobie bilet do stania w kolejce. Ale nie takiej zwykłej, stoicie bowiem do okienka „E-Bilet”. Niestety. Na szczęście, szło to całkiem sprawnie.

Mówiąc o biletach, nie sposób nie wspomnieć o wielkim dramacie Sebixów przyprowadzających swe Karyny w szpileczkach, na THE EVENT. Z opóźnieniem godnym pendolino dowiedzieli się bowiem, że opaski na rękę ze zwykłych (białych) kartek papieru, na które jak rasowi cebulacy weszli rok temu, na gówno się zdadzą. Tegoroczne opaski były czerwone, posiadały logo i w dodatku były odrobinę lepiej sprawdzane na bramie. Ciężko mi to opisać, podobnie ciężko jest mi określić wyraz wkurwienia wypisanego na ich twarzach z racji tego, że:

a) musieli stać w kilometrowej kolejce

b) musieli odżałować 150 zł na bilety

9. Pogoda bywa kurwą.

Wychodząc z domu na dłużej niż 15 minut zawsze borykam się z myślą, czy podczas takiej wyprawy nie zastanie mnie deszcz? Nie ma znaczenia czy idę do Biedronki, do dentysty, czy z psem na spacer po drodze zdobywając Śnieżkę – tak te górę. Zawsze zastanawiam się tak samo. Koniec końców, i tak zawsze ubiorę się niestosownie do sytuacji i finalnie mam przejebane. Dobra. Ja nie chodzę, ja jeżdżę – jak na rasowego leniwego chuja przystało. Może dlatego mój pies jest szerszy niż dłuższy, podobnie jak ja.

Każdy o tym wie i za każdym razem ma to w dupie. Mamy w końcu Lipiec, pieprzony środek lata, a nie głupi Październik, co złego może się stać? Tak. Zgadliście. Padało. Zastanawiam się tylko kto miał bardziej przejebane? Ja uciekający biegiem – ta… biegiem ~pomyślała Oliwia – przed deszczem, czy wystawcy, przecierający później swoje auta w celu pozbycia się kropel wody. Pamiętajcie. Za każdym razem bierzcie ze sobą coś przeciwdeszczowego. Choćby pedalską pelerynę. Bo jak mawiają mądrzy ludzie lepiej mieć pelerynę, niż smarkać i wyciskać cytrynę. Tak naprawdę nikt tak nie mówi, wymyśliłem to chwile temu. W dodatku to słaby tekst.

Deszcz jako naturalny lubrykant przypadł do gustu drifterom. To oni jako jedyni w tej sytuacji byli po zwycięskiej stronie. Z jednej strony mniejsze zużycie opon. Z drugiej zaś bariera psychiczna przed złamaniem się do zakrętu pełnego betonowych band, co już na suchej nawierzchni dla wielu było nie lada wyzwaniem. Koniec końców deszcz ustal. Konie z wozu karawana, tfu! Event jedzie tzn. trwa dalej.

8. Pick a random car: czyli jak wygrać THE EVENT nie biorąc w nim udziału

Po kilku godzinach spędzonych na chodzeniu w kółko i zastanawianiu się czy samochody, które mijaliśmy z Oliwią 10 minut temu, aby na pewno stoją tak samo jak przed chwilą(?) zapadła decyzja. Idziemy do sklepu. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że najbliższy sklep oddalony jest od bramy wejściowej o jakieś 1700 metrów. Upał i bolące nogi nie zachęcały do dalekich wypraw. Mimo wszystko udaliśmy się do wyjścia, albo wejścia. Zależy po której stronie bramy byłeś. Krótko po jej przekroczeniu, całkiem niespodziewanie dostrzegłem mojego zwycięzce edycji 2017 THE EVENT. Nissana Stagea na rosyjskich blachach z szarym zderzakiem popisanym białym flamastrem, którego zresztą umieściłem na fanpage’u. Wiedziałem już, że żadne auto wewnątrz nie jest w stanie przebić tego gruza. Cóż taki mam gust.

Drugim z moich personalnych faworytów było Subaru Impreza STI w budzie coupe. Puryści napiszą w tej chwili „ty głupi chuju to Type-R, 22B, USB, HDMI” itd. Ja wiem tylko, że stało na semislicku, miało kubły CORBEAU i że było zajebiste. Zakochałem się w tym aucie. Zakochałem się w nim tak mocno, że zapomniałem, że byłem tam z Oliwią, która miała spory problem żeby odciągnąć mnie od tego auta. Żałuję, że nie poznałem właściciela, choć pewnie był Niemcem. Wiecie, nie dogadałbym się …wojna te sprawy.

7. Oszuści, wszędzie oszuści… i fejkowe koła

Nie lubię JR’ów. Zdaję sobie sprawę, że uchodzą one za felgi i że są przeznaczone do montowania na piastach samochodów. Przyznam też szczerze, że wolałbym raczej wydoić osła niż kupić i założyć którykolwiek z ich modeli. Nie lubię również Opli. Wiem, że to dość lubiana i szanowana marka samochodowa w naszym kraju, mimo wszystko, gdy mam wsiąść do takiego auta, oczy szybko zaczynają mi puchnąć i łzawić, a na całym ciele pojawia się wysypka. W dodatku non-stop kicham. Pewnie to znacie. Myślę, że każdy z nas ma coś za czym nie przepada i nie potrafi tego racjonalnie wytłumaczyć.

Nie tak dawno temu wszyscy wyśmiali organizatorów JAPFEST za niedopuszczenie Toyoty Chaser (JZX100) z powodu drobnych niedociągnięć i surowych zdjęć przesłanych w załączniku do zgłoszenia. W zamian za to organizatorzy chwalili się za pośrednictwem fanpage’a zakwalifikowaniem różowej Hondy Civic VII generacji. Serio? Różowa Honda Civic? Serio!? Myślałem, że nie może być gorzej i wiecie co? Nie może. Choć RACEISM się starało. Naprawdę. Kilka o ile nie kilkanaście aut spotkanych na THE EVENT to zwykłe serie z chińskim gwintem i JR’ami… To jak przyjść na galę rozdania Oscarów z GooPhonem zamiast iPhone’a i garniturem od Pana Czesia w opozycji do stroju od Armaniego.

To irytujące. Obok świetnie wyglądających projektów można było znaleźć zwyczajne buble. Nie chcemy chyba, żeby RACEISM zaczęto kojarzyć z ilością, a nie jakością jak dotychczas. Jestem za zaostrzeniem selekcji aut i basta!

6. To już nie Next Level Stania, dajcie im jeszcze dwa lata

Pamiętacie zeszłoroczny event? Lepiej żeby nie, – umówmy się – był chujowy. Wciąż zajebisty jak na polską scenę, ale chujowy. Nie znaleźlibyście lepszego wydarzenia w kalendarzu, ale był chujowy. Świetnie spożytkowaliście czas będąc na nim ale mieliście wrażenie że był… no właśnie. Tegoroczny THE EVENT organizowany przez Raceism razem z Next Level to całkiem inna sprawa. Po pierwsze ktoś się postarał, żeby Next Level nie polegał już na staniu w miejscu. Wszyscy pamiętamy co działo się, a raczej nie działo się w zeszłym roku. Kto nie pamięta to… no – kurwa – było słabo pod tym względem, nie będę was oszukiwał. Auta więcej stały niż jeździły i chyba każdy czuł pewien niedosyt po zakończeniu. Finalnie event okrzyknięto jako Next Level Stania. Czy udało się poprawić wizerunek Next Level we Wrocławiu? Pewnie, że tak!

Pierwsze co rzuca się w oczy to o wiele większa liczba aut biorących udział w tej imprezie. Rmpl Riders, Wrong Crew, Musk Customs, Style Bangers, Belly Boyz, Doriminati, Projekt86, ProDrift.pl to tylko niektóre teamy, które postanowiły wziąć udział. Swoją drogą zauważyliśmy, że średni czas istnienia teamów driftingowych wynosi jakieś 2-2,5 roku. Ciekawe.

Drugą rzeczą jest sekcja przeznaczona dla widzów. Tak. Będąc widzem mogłeś w tym roku bez marudzenia ochroniarza Waldemara czy innego Bogdana, zejść swobodnie na dół i już mniej swobodnie stać za siatką tudzież barierką i oglądać co dzieje się w parku maszyn. Bo na zobaczenie co dzieje się na torze, raczej nie miałeś szans. A jeśli nie jesteś leniwy albo masz dzianych rodziców, mogłeś też za wcześniej ustaloną opłatą usiąść na prawy i przejechać trzy kółka z wybranym kierowcą. To na plus.

Trzecią i przyjmijmy, że ostatnią zmianą to jasno zapowiedziane konkursy, których laureaci otrzymali pamiątkowe statuetki. Mawiają, że najlepsze imprezy to te, których się nie pamięta, dlatego nie pytajcie mnie kto wygrał bo sam tego nie wiem, moi znajomi też tego nie wiedzą, podobnie jak organizatorzy. W sumie to można je było rozdać randomowo. Taka impreza! Dobra. Żartowałem. Wyniki znajdziecie na końcu wpisu.

5. BellyBoyz czyli jak rozpocząć sezon bez fuckup’u – kto nie ma brzucha ten kiepsko rucha

Wiele zmienia się na naszej rodzimej scenie grassroots. Do gry dołączył właśnie nowy team. A imię jego Belly i Boyz tzn. BellyBoyz. Powiedziałbym, że to przebrandowany REVS, ale zaraz ktoś wyrzuciłby mnie z chatu, więc tego nie zrobię. Poza tym w BB nie ma Dembka, a REVS mimo, że nadal istnieje, zapadł w tymczasowy driftingowy sen. Chodzą słuchy, że ma powrócić. Póki co to BellyBoyz zaprezentowali się z ‚jebnięciem’ w nowych odsłonach swych driftcarów na sezon 2017. Bambo to oddzielna historia.

Arek PW zeszłoroczny Next Level zakończył na Run The Wall – całując bandę podobnie jak Szpilka całował deski w ostatniej walce z Kownackim. W tym roku Arek powiedział jednak „a chuj tam, wezmę siostrę ona przyniesie mi szczęście”. No i przyniosła. E46 330Ci przeszło szereg modyfikacji, obejmujących m.in. felgi WORK VS-KF, poszerzenia tylnych nadkoli, autorską dokładkę do przedniego zderzaka oraz dyfuzor. Silnik to nadal ten sam M54B30. Przejazdy Arka były dość powtarzalne, a auto nie sprawiało mu raczej większych problemów. Efektowne trainy z Kokosem i Bambo dodawały tylko smaczku. Słyszałem nawet głosy, – kurwa źle ze mną słyszę głosy – że dla niektórych to ulubione auto BellyBoyz. Może dlatego, że to jedyne LHD w teamie.

Kokos z kolei zadebiutował we Wrocławiu swoim autorskim bodykitem do E46. Jego 323i (M52B25) RHD jeździło dość sporo. Do ostatniej chwili myślałem, że Adrian nie zaskoczy nikogo pod względem felg. Na szczęście myliłem się i sedan otrzymał felgi Weds Kranze Cerberus 1! Przyznam szczerze, że przewaga 323i nad IS200 Marcina Ukleji na suchym była dość mocno zauważalna. Jedyny sedan w teamie, okazał się niezastąpiony, gdy z toru chcieliśmy wrócić do parku maszyn w 7 osób. Gwint dał radę, choć trochę wyrolowaliśmy wtedy nadkola.

Bambo. Cóż. Mechanicy mają go dość! Zobacz jak poradził sobie z upalaniem bez oleju w 5 prostych krokach! Tak naprawdę tylko HusariaCustoms miała go dość, ponieważ Bambo wpuścił Ludwika w kanał. I to całkiem dosłownie. Chcąc budować 330Ci RHD całkiem zapomniał o zapewnieniu Ludwikowi wystarczającej liczby przepustek zezwalających na wyjście z kanału, przez co Mania miała z nim utrudniony kontakt. W dodatku stracił włosy, ale tylko te na czubku głowy.

Tak na poważnie to pamiętam jak około miesiąc przed opisywanym wydarzeniem, na naszym grupowym czacie chłopacy pisali coś w stylu „beka, po raz pierwszy wyrobimy się z autem przed eventem i to z zapasem czasu!”. Powiem tylko tyle. Chuja. Wszystko na ostatnią chwilę. Jak zwykle. Jak u wszystkich. Jednak udało się, a auto podawało jak wściekłe cały weekend, z drobnymi problemami, które udało się szybko zniwelować. Uważam to za ogromny sukces i coś co należy wyróżnić. Jeśli nie dotarła do Was ta informacja, poliftowe Coupe Bamba napędza silnik M52B30, nad którego budową Ludwik i jeszcze parę osób spędziło mnóstwo czasu. Mimo, że auto nie było hamowane, ani nawet wystrojone, radziło sobie fenomenalnie. Miałem nieodparte wrażenie, że było nawet mocniejsze od M54B30 Arka. Lepszego sprawdzianu po pierwszym wyjeździe z nowo złożonym silnikiem, nie można było chyba sobie zapragnąć. Nic się nie wysrało. Wygryw. Czapki z głów. Przy okazji. WORK RYVER to wisienka na tym czarnym torcie! btw. jeśli namówicie Bambo i będzie mi się chciało, to może uda mi się opisać cały projekt w osobnym wpisie.

Aha! Żeby nie być gołosłownym podaje te 5 prostych kroków:

1. Jeździj M52B28 po Koszalinie bez oleju mówiąc „to jest dwa.osiem to się nie-za-je-dzie”.

2. Zajedź motor.

3. Kup kolejne M52B28 z myślą o budowie M52B30.

4. Nie wypuszczaj Ludwika z kanału dopóki tego nie zrobi.

5. Nalej olej.

4. 500+ obfituje w nowe trendy, coraz mniej BMW

W zeszłym roku pisałem „Oczywiście znów najpopularniejszymi autami na evencie były te ze stajni BMW. Żyjemy w Polsce i każdy z nas zna realia życia. Kupując Nissana sprzedawca chętnie dorzuci Wam drugi słupek, kilka panewek i szynę kolejową do wstawania zamiast podłużnic. W dodatku pochwali Was i powie, że dobrze w nim wyglądacie. Za to wszystko będziecie musieli zapłacić pewnie równowartość RMS Queen Mary 2. Z kolei kupując BMW dostaniecie na nie pewnie jakieś 100% zniżki i adres najbliższego gimnazjum, gdzie znajdziecie siostrę właściciela, która chętnie się Wam odda.” Teraz wydaje się to być nieaktualne. Śpieszę wyjaśnić.

Niegdyś odwiedzając wydarzenia stricte driftingowe próżno było znaleźć japoński samochód przygotowany do jazdy w kontrolowanym poślizgu. Jeśli już takiego znalazłeś prawie na pewno był on popsuty. W zamian za to słyszałeś non stop „BMW JEST NAJLEPSE”, „BMW SIĘ NIE PSUJE”, „BMW MASTERRACE”, bo jak powszechnie wiadomo tylko Bawareczka, nie jakieś skośnookie wynalazki. W sumie to i prawda, jednak od wejścia 500+ liczba BMW na tego typu imprezach zaczęła drastycznie spadać. Prawie na pewno 500+ nie miało z tym nic wspólnego, jednak niecodziennie spotykasz tyle japońskich samochodów co na NEXT LEVEL – THE EVENT. Tak samo jak niecodziennie budzisz się i dowiadujesz się, że twój zamach stanu się nie udał. Tak przynajmniej twierdzi Roman Giertych opisując ostatni poranek Jarosława Kańczyńskiego na swoim facebookowym fanpage’u.

3. Najlepsze trainy i pary w tej części Europy tylko na NEXT LEVEL

Czy mieliście kiedyś okazję obserwować olbrzymią chmarę pelikanów zataczających kręgi po australijskim niebie? Albo liczące kilkaset sztuk stado pawianów płaszczowych? Spokojnie. Ja też nie. Podczas THE EVENT widziałem za to fenomenalne trainy w wykonaniu kierowców m.in. StyleBangers, Doriminati i BellyBoyz. Lubię przyrodę i być może wolałbym wyjechać do Australii oglądać pelikany, zamiast tego z chęcią obejrzałbym po raz kolejny te trainy. Mimo, że pelikany wygrywają. O włos. A raczej o dziub.

Skierowując swój aparat w jeden punkt nie sposób było zliczyć driftcarów pojawiających się w kadrze. Było ich więcej niż mandarynek wystrzeliwujących z pochwy tajskich dziwek, przez cały zeszły rok na PornHubie. Przyznaję. Ukradłem ten tekst od Clarksona. Szczególnie podobały mi się pary StyleBangers – Jakub Musk Tatara & Kacper Knapkiewicz, którzy od samego początku do końca jechali niemal drzwi w drzwi. Wielokrotnie. Podobnego zdania byli organizatorzy, nagradzając ich tytułem Best Team Run.

Największą agresją wykazał się Łukasz Szymborski w E28 (Fgarage) i choć przyznam, że widziałem ładniej zmodyfikowane auta od tego 5er to zrobiło na mnie wrażenie sposobem pokonywania kolejnych łuków wyznaczonej trasy! Nie możemy zapomnieć o największym crashu tej imprezy, w którym najbardziej poszkodowanym był PaBBlos z Doriminati oraz ziomek którego imienia nie pamiętam z Wrong Crew – ten od RX-7. Gobla zakończył to spotkanie chyba najszczęśliwiej i Soarer mógł odjechać na kołach do parku maszyn. Shit happens.

2. Nie jedź solo, weź ziomka, dziewczynę i dziewczynę ziomka, jego byłą też możesz

Nie jestem ekspertem, a na THE EVENT byłem dopiero po raz drugi, nie chciałbym Wam tłumaczyć gdzie iść, co zobaczyć, ani o czym powinniście pamiętać. Zwyczajnie nie jestem tutaj, żadnym autorytetem. Jadąc tam pamiętajcie jednak o zabraniu ze sobą znajomych.

W pojedynkę może Wam zabraknąć cierpliwości by obejrzeć w miarę dokładnie wszystkie projekty. Szybko się znudzicie i wrócicie do domu, pozostawiając mieszane uczucia i niedosyt. Sam tak miałem w zeszłym roku. W tym jednak, wybrałem się na THE EVENT wraz z moją druga połówką – Oliwią. Na miejscu była też cała ekipa BellyBoyz i parę innych osób w tym Borbert, Dawid, Kuba itd. przez co czas mijał dość sprawnie i w przyjemnej atmosferze. Tego sobie i Wam życzę w przyszłym roku.

1. Porsche RWB – najwięksi przegrani wygrani THE EVENT

Jeśli chcecie poznać wyniki THE EVENT (RACEISM) możecie próbować zdobyć te informacje na szereg różnych sposobów. Możecie na przykład wejść na fanpage organizatorów. Ale nic tam nie znajdziecie. Możecie wejść na stronę internetową organizatora. Tam też nic nie znajdziecie. Możecie w końcu napisać wiadomość do kogoś z obsługi. Spokojnie. Oni też nie będą tego wiedzieć. W sumie nic nowego, za każdym razem jest tak samo. Ktoś jednak te auta ocenił i podał wyniki, a zwycięzcy zostali nagrodzeni, więc gdzie one są?

Gdy ogłaszano wyniki, prawdopodobnie byłem zajęty pałaszowaniem burgera z jednego z dostępnych w tym dniu Food Trucków. Więc mówiąc krótko. Znam je jedynie z poczty pantoflowej. Mimo wszystko – proszę o fanfary – zwycięzcą edycji 2017 THE EVENT został – Nissanowi GTR – Carbonerre Project! Klask, klask, klask, klask …klask. Przyglądając się zwycięzcy, nie sposób odnieść wrażenia, że wygrało auto w które autor projektu wpompował największa ilość posiadanej gotówki. Czy jest ładne? Na pewno. Czy było najlepszym autem na RACEISM? Być może. Czy znalazłbym coś lepszego od GTR? Możliwe.

Nie zrozumcie mnie źle, ja naprawdę lubię tego GTR’a i cieszy mnie, że w Polsce powstają tak grube projekty. Ja prawdopodobnie nigdy nie będę posiadał takiej ilości gotówki, by było stać mnie na spoiler od tego auta. Po prostu moje serce leżało bliżej białego 911 RWB, które mimo wszystko zakończyło event dość wysoko.

Co jednak z innymi nagrodzonymi. Tutaj chciałbym poruszyć temat niebieskiego Lanosa. Nie Deawoo. Subaru Lanosa. Widziałem te auto w zeszłym roku. W tym samym roku zajęło ono bodajże trzecie albo czwarte miejsce na THE RACEISM. Mimo wszystko nie potrafię zrozumieć, ki chuj w tym roku awansowało ono na drugie miejscu. Drugie. 2.

Może to świadczyć o trzech rzeczach. Pierwsza. Przez cały rok nikt nie zbudował lepszego auta. Druga. Zeszłoroczne TOP3 popsuło swoje samochody, żeby Lanos awansował. Trzecia. Właściciel zachowawczo nie tknął auta z zewnątrz i poprawił środek. Z pewną niepewnością, najbardziej realną wydaje się czwarta opcja. Czwarta. To ja kompletnie nie znam się na ocenianiu aut do stance’u. Tak samo jak nie znam się na połowie węgorzy.

Jeśli jesteście stałymi czytelnikami tego rozwijającego się w ślimaczym tempie bloga, na pewno zauważyliście, że lubię porównywać eventy. W tym roku odechciało mi się zbierać za takie porównanie.

Nie przeciągając. Progres jaki osiągnięto przy organizacji edycji 2017 THE EVENT w porównaniu do edycji 2016 jest równorzędny z rozwojem sieci dróg i autostrad w Chinach na przestrzeni ostatnich 15 minut. To komplement. Na prawdę. Oczywiście zakładając, że Jeremy Clarkson nie kłamał w drugim odcinku osiemnastego sezonu Top Gear.

Jeśli tylko ta tendencja się utrzyma, za dwa lata Next Level nie będzie już w ogóle odbiegał od FinalBout. Ani pod względem driftcarów, ani pod względem organizacji. Raceism już od pewnego czasu ma ugruntowaną pozycję w Europie, o czym świadczy chociażby liczba zgłoszonych aut. Ponoć 700 sztuk.

Sam Next Level jest po stokroć bardziej interesujący od dowolnej wybranej przez Was rundy zawodów driftingowych. W dodatku jest od niej tańszy, z lepiej wyglądającymi driftcarami, a ponadto bez przestojów na torze. Dzięki takim eventom wygrywają wszyscy – i kierowcy i my obserwatorzy.

Kończąc ten wpis powiem Wam tylko tyle. Byłem na tym evencie drugi raz w życiu, po raz drugi stałem też dobre 10-15 minut pod okienkiem w którym wydawano akredytacje (RACEISM). Po raz drugi organizatorzy traktowali mnie jak powietrze. Po raz drugi miałem problem z ogarnięciem wszystkiego co event miał mi do zaoferowania. Po raz drugi nie zwiedziłem stadionu. Po raz drugi czuje pewien niedosyt. Po raz drugi przegapiłem kilka aut.

Ale to wszystko przestaje być ważne, kiedy przypomnę sobie, że mierzyłem z Canona do najlepszych stance’owych projektów i sunących bokiem driftcarów tej części Europy. THE EVENT to wspaniałe wydarzenie. Trochę chujowe, ale wspaniałe. A teraz, po raz kolejny mogę z dumą powiedzieć – „byłem tam, widziałem to”. No to pa.

NAGRODZENI RACEISM- THE EVENT

Tego nie pamiętają najstarsi górale.

NAGRODZENI NEXT LEVEL – THE EVENT

Run The Wall – Łukasz Szymborski E28 (Fgarage)
Best Team Run – Tomasz Piecuch Soarer (Doriminati) & Paweł Pietraszko S14 (Doriminati)
Jakub Tatara (Stylebangers) E46 & Kacper Knapkiewicz E46 (Stylebangers)
Tandem Freak – Tomasz Piecuch Soarer (Doriminati)
Next Level Stania – Kacper Kłakowicz S13 (Wrong Crew)

WYRÓŻNIENIA:

Bartek Walikło S13 (Doriminati)
Arek Piechna E46 (BellyBoyz)
Tomasz Adamczyk S13 (RC Team)

UWAGA DWIE GALERIE!

Galeria została podzielona na strony widoczne poniżej!

O Maciej Maroszek

Autor. Grafik. Fotograf. Specjalista od marketingu. Dorabia jako prowokator na polskiej drift scenie. Człowiek z własną definicją drifingu. Cechuje go nieprzeciętne poczucie humoru, głupota oraz dystans do samego siebie. Pisze zanim pomyśli i choć mógłby mieć wymarzone MX-5, jeździ autobusem. Sprzedał Volvo kombi w automacie i jeszcze nie kupił nowego daily. Idiota.

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komantarza.

Dodaj komentarz

Maciej Maroszek

Maciej Maroszek

Autor. Grafik. Fotograf. Specjalista od marketingu. Dorabia jako prowokator na polskiej drift scenie. Człowiek z własną definicją drifingu. Cechuje go nieprzeciętne poczucie humoru, głupota oraz dystans do samego siebie. Pisze zanim pomyśli i choć mógłby mieć wymarzone MX-5, jeździ autobusem. Sprzedał Volvo kombi w automacie i jeszcze nie kupił nowego daily. Idiota.

Zobacz pełny profil →

Zaprenumeruj ten blog przez e-mail

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

%d bloggers like this: