//
you're reading...
10 rzeczy

Czy naprawdę zostałem uwiedziony przez DORIMINATI? Sprawdź to!

Kilka miesięcy temu jeden z moich znajomych poprosił dość rozpoznawalną osobistość ze sceny zawodowego driftingu o wytłumaczenie na czym polega różnica pomiędzy zawodami, a tym luźnym upalaniem, o którym ostatnio tak głośno.

Na nieszczęście znajomy, uwierzył w brednie, że drifting to tylko zawody, a cała reszta to chryja. I że w ogóle wsiadanie do E36 1.8is i nazywanie czegokolwiek driftem przy jego pomocy to zbrodnia. „Ogólnie takimi autami to jeżdżą same buraki i nawet pod remizę wstyd tym podjeżdżać”. Akurat z tym ostatnim muszę się zgodzić bo pod remizami króluje teraz Audi. Dlatego nie przyszpanujecie jakby co. Ale ja nie o tym.

Zaskoczyło mnie w jak prosty sposób ludzie dają się dziś zmanipulować. Wystarczy, że ktoś bardziej znany powie nam, że np. wysokie skrzydło mu się nie podoba a my, mimo że sami chcieliśmy takie skrzydło mieć, nagle zmieniamy zdanie o 180 stopni, nie o 360 jak mawiają pseudointeligenci – ależ mnie to triggeruje.

I tak na przykład auta elektryczne były fe(!) ale przyszedł spoko ziomek Elon, pokazał Tesle, po czym wysłał nawet jedną w kosmos i wszyscy zrobili „łoooo” i zaczęli lubić elektryczne samochody. Nawet ja. Tak działa dobry marketing. Odpierdalasz jakiś szajs, żeby ludzie Cię zauważyli i pokochali, a później robisz na tym euro, złotówki albo jeśli jesteś Muskiem, dolary. Elonem, nie Jakubem żeby była jasność.

Znajomy – imienia nie wymieniam bo strzeli focha – tym samym porzucił luźne eventy i jeździ teraz wyłącznie na zawody. Wychwala je pod niebiosa. Ochów i achów nie ma końca. Przy okazji myśli, że po napisaniu wywodu na 15 komentarzy pod postem, uda mu się mnie jakoś „nawrócić” na jego zdaniem jedyną słuszną drogę rozwoju tego sportu. Czasem pomagają mu nawet znajomi i organizatorzy, wszyscy próbują przekonać mnie i mi podobnych, że żyjemy w błędzie. Ich racja jest mojsza niż twojsza parafrazując cytat z Dnia Świra.

Ja tymczasem robię to samo co zrobiłby tytułowy bohater filmu Marka Koterskiego w dzisiejszym świecie. Zamawiam kolejną diabelską czy inną capriciose i zagryzając ją chipsami o samku chilli z woka minimalizuje okno z Facebookiem by przejść na kartę z YouTube. Tam oglądam filmy w języku którego nawet nie znam, o ludziach, którzy są mi obcy oraz będący w miejscach, których nazwy trudno mi wymówić. Minami, North Course czy Tsukuba znają przy tym nie tylko z internetu lub gier video.

Czasami nawet zmaksymalizuje okno z Facebookiem, żeby sprawdzić czy podawane argumenty odbiły się od dna, ale prawie zawsze żrą muł, co stało się już niemal regułą. Tracę już jakiekolwiek nadzieję, że kiedyś ulegnie to poprawie. A chciałbym dożyć czasów merytorycznej rozmowy z prawdziwymi argumentami. Większość osób uczęszczających na takie eventy jak SeduceD, jeździła kiedyś na zawody lub była na nich choć raz. Odnoszę wrażenie, że w drugą stronę to tak nie działa, a wszelkie negowanie takich eventów to wydumane z internetu zdania organizacji, które wypuszczają ploty i same negują to co powinniśmy kochać. Ale to było mdłe. „Sorry for this”.

Wiecie co? Nawet szanuje to uparte wychwalanie zawodów. Są ludzie, którzy budują auta za ponad 100 tysięcy. Nowych. Złotych. Polskich. Później dymają 600km płacąc wpisowe 600zł, – albo i więcej – żeby pół dnia stać w pełnym słońcu, oddać 3-5 przejazdy treningowe, 2 w kwalifikacjach i odpaść. Sprawdzają tym samym swoją cierpliwość, cierpliwość kibicow i utwierdzają mnie w przekonaniu, że postąpiłem słusznie zostając w domu. Dymanie kilkaset kilometrów nawet jako widz jest bez sensu bo z reguły widzisz tylko dym, czyli mniej niż osoby oglądające stream. Mówię to z punktu widzenia osoby, która zawsze miała akredytację i stała w najlepszych możliwych miejscach podczas zawodów driftingowych.

Swoją drogą to nie znaczy, że już nigdy nie pojadę na zawody. Mógłbym tak dalej narzekać, ale nazwę się hipokrytą bo jestem od tych osób tylko trochę lepszy. Sam dymałem 370km i to nie na zawody, a na luźny event… ok nie sam – z Karolem. Choć już nie wiem czy zestawienie dwóch osobników płci męskiej w jednym zdaniu razem ze sformułowaniem „dymać” nie brzmi pedalsko. Brzmi?

Wszystko zaczęło się od pewnego pamiętnego wtorku. Tak naprawdę to wcale nie był pamiętny bo sam ledwo go pamiętam, ale fajnie brzmiało. Z racji podjęcia nowej pracy, w dodatku w firmie stricte motoryzacyjnej (w końcu!) i wszelkimi konsekwencjami początkowej umowy na okres próbny, zabrakło mi urlopu by wyjechać na planowane od roku wakacje. Nic straconego, przełożyłem. W ramach rekompensaty postanowiłem jednak pojechać na SeduceD – event by Doriminati, który miał odbyć się w dzień dziecka. Jupi kaj ej madafaka. Nie planowałem tego wcześniej, bo jednak Autodrom Jastrząb jest kawał drogi od Poznania, ale pojechałem. Tak zrobiłem i dostałem nawet prezent ale o tym później.

Na 4 dni przed wyjazdem stwierdziłem, że ekonomiczniej będzie mi jechać z kimś niż samemu. Napisałem więc do Karola (REVS), z propozycją takiego wyjazdu. Karol będący pod wrażeniem uwodzicielskiej wizji eventu SeduceD rzucił tylko „ok, mam nowy aparat, chce robić zdjęcia”. I już. Kilka kliknięć później i zaakceptowaniu dodatkowych pasażerów na BlaBlaCar siedzieliśmy w LOLVO pokonując kolejne kilometry z 370, które dzieliły nas od Autodromu Jastrząb. Miało być taniej. Nie było.

Pomijając wszelkie perypetie związane z podróżą, w końcu dotarliśmy… i to tradycyjnie spóźnieni, bo jakżeby inaczej? Jak zwykle szlaban zamknięty, jak co roku telefon w dłoń i interwencja Gobli, która wprawiła w ruch masy mięśniowe ochrony obiektu, bez których zapewne nie wjechalibyśmy na teren autodromu. Dziękujemy!

Zanim przywitaliśmy się ze wszystkimi ziomeczkami event zbliżał się ku „połowie”. Moje pierwsze wrażenie? Mało aut. Za mało jak na tak duży obiekt. Winowajca? Nie chcę wskazywać nikogo palcem ale myślę, że właściciele driftcarów. Mnóstwo samochodów jest jeszcze w częściach bo wszyscy liczyli, że jedyny luźny event w tym roku będzie należał do Next Level i nie zdążyli się najzwyczajniej poskładać. Początkowe wrażenie jednak okazało się po części niesłuszne… i choć mógłbym przedłużać ten wstęp, chciałbym przejść do kilku rzeczy, których nauczyłem się z SeduceD – drift event by Doriminati.

Wielki powrót eventów Doriminati
Zacznijmy na opak. Chodzenie do galerii handlowych bez konkretnego celu jest bez sensu. Nie kupisz tam nic co jest Ci naprawdę potrzebne, a w najlepszym wypadku wyjdziesz z niego z niedużym kredytem i nowym telewizorem, na którego nawet nie spojrzysz, bo całe dnie będziesz spędzał w pracy wyrabiając nadgodziny, żeby go spłacić.

Podobnie jest z eventami, na które jedziesz nie wiedząc tak naprawdę po co(?) Liczysz na dobrą zabawę, co znaczy nie mniej ni więcej niż to, że ktoś kogoś rozjedzie albo dojdzie do wielkiego destruction derby. Tak się jednak nigdy nie dzieje, a Ty rozczarowany wracasz do domu. No chyba, że tak jak ja byłeś na tegorocznym SeduceD – drift event by Doriminati. Co prawda nikt nikogo nie rozjechał, nawet nie było żadnych poważniejszych crashy, ale i tak było klawo.

Myślę, że mało kto spodziewał się, że Doriminati zajęte sprowadzeniem kolejnych „egzotycznych” japońskich nadwozi do naszego kraju oraz co rusz to nowymi podróżami do Japonii, będzie miało czas żeby zorganizować event. A tu proszę. Niespodzianka, której nie powstydziłby się David Copperfield. Szkoda, że wiele osób miało jeszcze auta w kartonach, a nie na kołach przez co frekwencja była… No cóż. Skromna. Chyba już o tym wspominałem ale wspomnę jeszcze raz. Skromna. Liczyłem na więcej. Mimo tego kierowcy zafundowali wszystkim świetne wrażenia audio-wizualne, których nie powstydziliby się twórcy filmów z serii Mission Impossible.

Samo Doriminati pokazało się z najlepszej strony i strasznie miło było oglądać pary Gobli z PaBBlosem, czy Bossa, który zaczął dogadywać się z Aristo. Gobla chyba w ogóle wjeździł się na dobre w Soarera i chyba też wyjeździł się tego dnia. Toyota często pojawiała się na torze, niemal za każdym razem tworząc pary a to z PaBBlosem, a to z jakimś E36 a to z jeszcze innym autem. Świetne pary. Momentami agresywne napady. Bardzo dobre wykorzystanie potencjału layoutu to rzeczy, które chciałem zobaczyć i zobaczyłem. Zobaczyłem też inne ciekawe rzeczy…

Na co komu V8 w E36? Czyli jak driftować E38 z klasą

„Ja nie wiem po co ktokolwiek miałby wsadzać ten silnik do trójki” ~ Musk 01.06.2018 Tak oto człowiek startujący niegdyś w zawodach Drift Open skwitował wszelkiego rodzaju swapy 4.0 BMW do małych nadwozi. Nie trzeba chyba nic dodawać.

Widok łamiącego się sedana wielkości BMW serii 7 (E38) robi naprawdę piorunujące wrażenie. Jeszcze większe „łał” robi fakt, że samochód może zabrać na pokład 4 osoby, które komfortowo i w klimatyzowanym wnętrzu mogą jechać w poślizgu i pozdrawiać osoby z innych driftcarów przez boczną szybę. Fajny bajer. Szkoda, że zmiana opon jest operacją znaną z filmów o CIA i jej rozpracowanie trwa pół dnia, a komplet opon starcza na kilka okrążeń. W sumie jak tak teraz się zastanawiam, to żałuję, że to nie ja tam siedziałem. Możliwe, że wówczas nie myślałbym o przestojach, które momentami miały miejsce na torze.

5 sposobów na nudę podczas przestojów między przejazdami

Niektórzy twierdzą, że najnudniejszą częścią zawodów driftingowych są przerwy i przestoje między przejazdami. Trudno jest mi się z tym nie zgodzić. Nienawidzę przestojów. Nienawidzę ich bardziej, niż PiS’u. Chociaż nie… To jeszcze nie ten stopień nienawiści.

Największym ich problemem jest świadomość, że nie masz co ze sobą zrobić. Nie ma uniwersalnego rozwiązania na tego typu sytuacje. W przypadku widzów, zawsze możesz iść na hot-doga, kiełbaskę z grilla czy do toalety. W przypadku bycia fotografem jako akredytowane media stoisz na środku toru i nie wiesz co ze sobą zrobić. A raczej co zrobić żeby się nie narobić, a żeby było dobrze. Stoisz i zadajesz sobie pytanie czy schodząc z toru, – podczas przestoju – za chwile wszyscy nagle na niego nie wrócą? Niby z parku maszyn na tor nie jest tak daleko, ale bieganie 30x wte i wewte jest bez sensu.

Przestoje oczywiście były, są i będą. Nie możemy oczekiwać, że nagle się to zmieni. Myślę jednak, że gdyby więcej ludzi się poskładało i przyjechało na ten nota bene bardzo fajny event, byłoby ich trochę mniej. Mimo wszystko na luźnych eventach z reguły są inni ludzie z którymi zawsze możesz porozmawiać i raczej od nikogo nie usłyszysz „spierdalaj”! W porównani udo zawodów przestojów jest o wiele mniej i jeśli już powstaje to w wyniku gdy:

  • Layout toru jest za duży
  • Uczestników jest za mało
  • Crash
  • Koniec „sesji” – bo tak racingowo brzmi

Aha zapomniałbym o 5 sposobach z wytłuszczonego nagłówka akapitu. Pij. Jedz. Rozmawiaj. Odpoczywaj. Scrolluj Instagram. Spoko, nie musicie dziękować.

Uphill czy downhill czyli historia Soarera i compacta M42
Górka. Miejsce, które jasno oddziela słabsze auta od mocnych, mięczaków od wariatów, dziewice od buhajów. Ten przykład akurat zmyśliłem. Nic nie bawiło mnie tego dnia tak mocno jak widok, wielokrotnego napadania z górki tyłem w zakręt compactem E36 1.8ti. Wprawiało to w zachwyt nawet osoby mniej zainteresowane tematem. Jeszcze lepiej wyglądały przejazdy Gobli w Soarerze, który dość agresywnie atakował górkę. Mam wrażenie, że w końcu wjeździł się w ten japoński grand tourer. Zresztą wspominałem już o tym nieco wcześniej.

Nie zabrakło też kilku innych BMW i Nissanów oraz Muska w E38 i to by było chyba na tyle. Szkoda tylko, że Altezze ale nie zrobiły na mnie aż tak dużego „łał” jakiego sobie wymarzyłem, ale trzeba im oddać, że to właśnie one były najczęściej widoczne na torze. Może nie jeździły jakoś wybitnie, ale to właśnie je widziałem najczęściej. Prawie jak zapowiedź meczu Polska – Senegal na mundialu w Rosji.

Duży silnik = mały beniz. Spokojnie to tylko kolejny suchar, jak cały ten wpis
Różnorodność silników podczas SeduceD – event by Doriminati była mimo niskiej frekwencji dość duża. Mieliśmy tam SR20DET w S14a Mersa i PaBBlosa, 1JZ-GTE u Gobli 2JZ-GTE u BOSSa (taki rym hehe), M52B30, M42B18, a na przykład V8 reprezentowało M60B40 i V8 z Mercedesa S500 W220. Ten ostatnio akurat w ogóle nie przypadł mi do gustu. O ile właściciel wydaje się spoko ziomkiem, o tyle auto mnie nie porwało. Z pewnością jest bezawaryjne, silnik jest ponoć bardzo przystępny cenowo i zapewne ma swoich fanów, ja jednak do nich nie należę. Ja po prostu panicznie boję się V8. Ciekawy swap, coś innego. W sumie fajnie.

Bardzo „ciekawie” sprawowało się M52B30 Bambo, złożone w Husaria Customs. Co prawda w pewnym momencie wydawało się, że auto się zapali bo zaczęło strzelać efektownymi marchewami, które… przeradzały się w ogień. Ogólnie lubię widzieć ten samochód w ruchu, prezentuje się prawie tak dobrze jak kiedyś czarne – a teraz czerwone – BMW E46 Muska.

Najciekawszy silnik tych zawodów, bo tak samo oryginalny jak nowe pomysły opodatkowania litra paliwa to 3S-GE Beams należący do ziomeczków z Fatclanu. Niebieska Altezza, która seryjnie posiadała ten silnik ( <3 ) podawała przez cały dzień jak zła dopóki wąż od chłodnicy nie zrobił #ragequit. Aha. Uszczelka pod głowicą też zrobiła #ragequit. Toyotę trzeba było zepchnąć. O dziwo wszystkie BMW – no może poza chwilową czkawką M52 Bambo – podawały bardzo dobrze i żadne chyba nie odmówiło posłuszeństwa na dłużej. Nie można powiedzieć, że w ogóle w końcu to BMW. Czyli #jbmw ale tak na 40% bo jednak się nie psuło.

Czarne i ponure jak kanał ściekowy zdjęcia vs zielona flora w swej najlepszej okazałości

Pamiętacie mój wpis o hiperrzeczywistości? Wiem, że nie. Podawałem tam między innymi przykład przekoloryzowania zdjęć. Bo jak można wytłumaczyć sytuację, gdy mamy grubo ponad 30 kresek na termometrze, intensywne niebieskie niebo i wspaniałe zielone otoczenie, a na zdjęciach widzimy pogrzebowe barwy rodem z PRL. Mam na myśli coś na kształt późnej jesieni z mocnym klimatem postapokaliptycznym. Powiecie artyzm. A ja powiem, że gorszy może być chyba tylko czerwony kapturek z tych słynnych niemieckich VHS’ów wujka, który trzyma je w zapomnianym pudle w piwnicy. Gimby nie znają.

Z drugiej jednak strony tego chyba wszyscy oczekują. Nie chcemy oglądać kolejnych zwyczajnych zdjęć – okej ja bym chciał. Surowych, nieobrobionych. Chyba, że się mylę? Lajki chyba mówią same za siebie. Coraz częściej zwykłe zdjęcia są be! A te przekolorowane super! Wiem co mówię, na własnym przykładzie bo w pewnym stopniu też tak robię (jednak bardziej koloryzuje niż wprowadzam ponurą atmosferę). Z ciekawości po raz pierwszy od mega dawna chyba wrzucę całą galerię na swój fanpage.

Podsumowując

Organizacyjnie nie było może hucznej ceremonii otwarcia jak na mundialu, ale z tego co zdołałem się dowiedzieć (bo g**no wiem, wtedy jeszcze byliśmy na jakimś zadupiu) wszystkie informacje zostały przekazane w sposób klarowny i nikt nie miał żadnych problemów ze zrozumieniem organizatorów i zasad panujących na torze.

Rozczarował mnie za to foodtruck serwujący dania z grilla. Od kiedy foodtrucki serwują zwykłe jedzenie podane niedługo w sposób godny dwóch gwiazdek Michelin wśród foodtrucków z papierowymi talerzykami co akurat jest normalne i spoko. Nienormalna była za to cena 16zł za 1/3 pojedynczej piersi kurczaka. O M G. Wiem, że urodziłem się w Poznaniu i że obecnie w nim mieszkam, ale żaden ze mnie dusigrosz, nie lubię po prostu być ruchany. Mimo wszystko za taką kwotę chciałbym być obsłużony jak pieprzony lord. Tym bardziej, że zakup grilla jednorazowego (na którego był zakaz), kupno kilograma piersi z kurczaka i paru kiełbasek wyszło by mnie tyle samo co cała kura z wolnego wybiegu lub 1/3 piersi z foodtrucka. Dobrze, że było smacznie. Aha! Nie żebym nie jadał w foodtruckach, znam realia i znam też porcje jak i ceny u konkurencji.

Przechodząc gładko do podsumowania chciałbym podziękować organizatorom za wkład i mocne rozpoczęcie sezonu. Mimo paru moich uwag dotyczących przestojów i foodtrucka było bardzo dobrze! Oby tak dalej! Po sporej przerwie od ostatniego eventu Doriminati, o którym wiedziała szersza publiczność, SeduceD okazuje być się czymś akuratnym do obecnej sytuacji na scenie. Mimo – może wymyślam – skromnej listy uczestników upalających auta na torze oraz „prestiżowemu” food truckowi event uznaje za udany i nie żałuję przeznaczonych na niego video. Polecam eventy DORIMINATI. Czy zostałem uwiedziony? Cóż… Trochę tak, trochę nie. Było fajnie. Do następnego! Cześć!

« 1 z 16 »

O Maciej Maroszek

Autor. Grafik. Fotograf. Specjalista od marketingu. Dorabia jako prowokator na polskiej drift scenie. Człowiek z własną definicją drifingu. Cechuje go nieprzeciętne poczucie humoru, głupota oraz dystans do samego siebie. Pisze zanim pomyśli i choć mógłby mieć wymarzone MX-5, jeździ Volvo. Kombi. W automacie. Idiota.

Komentarze

1 komentarz do “Czy naprawdę zostałem uwiedziony przez DORIMINATI? Sprawdź to!

  1. Fajny artykuł, czekam na więcej i mam nadzieję, że w przyszłości sam będę jeździł w takich eventach

    Posted by piotrchoma | 19 czerwca 2018, 20:24

Dodaj komentarz

Maciej Maroszek

Maciej Maroszek

Autor. Grafik. Fotograf. Specjalista od marketingu. Dorabia jako prowokator na polskiej drift scenie. Człowiek z własną definicją drifingu. Cechuje go nieprzeciętne poczucie humoru, głupota oraz dystans do samego siebie. Pisze zanim pomyśli i choć mógłby mieć wymarzone MX-5, jeździ Volvo. Kombi. W automacie. Idiota.

Zobacz pełny profil →

Zaprenumeruj ten blog przez e-mail

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

%d bloggers like this: