//
you're reading...
NEXT LEVEL

#NEXT LEVEL 2018 – H O T B O I S

Długo planowałem tegoroczny urlop. Zacznijmy od tego, że nie miałem w tym roku w planach żadnych wyjazdów, no może poza tymi związanymi z driftem. Non stop biłem się z myślami. Wziąć go w lipcu? A może w sierpniu? Co jeśli wrzesień byłby bardziej odpowiedni? Czy ten urlop jest mi w ogóle potrzebny? Bez sensu. Nie biorę – stwierdziłem.

Równie długo jak planowanie mojego urlopu, zajmie Wam lektura tego wpisu. Jeszcze dłużej czekałem na tegoroczny NEXT LEVEL. Hucznie zapowiadany event, który miał odmienić polską scenę driftingową raz na zawsze. Brzmi hucznie? Zdecydowanie. Brzmi znajomo? Być może.

Jednak kiedy w Polsce ma mieć miejsce event takiej rangi, trudno jest się zrelaksować. Nie można położyć się spać od tak. Bez dobrej rozkminy w najlepszym przypadku będziecie spać w pożyczonym namiocie, bez transportu do domu. W związku z tym wielokrotnie kładąc się spać w mojej głowie rozgrywały się przeróżne scenariusze planu wydarzeń, niczym rozkimny Hitlera na temat swego marszu po władze. Myślałem o liczbie stylowych driftcarów, które zobaczę na miejscu. Zastanawiałem się, czy wszyscy zaproszeni goście rzeczywiście przybędą. Ekscytowałem się faktem spędzenia tam całych 2 dni! A nawet sprawdzałem prognozowane spadki temperatur! Brakowało, żebym układał tarota. W skrócie, wszystko sobie rozkminiłem i nie mogłem się doczekać tego co tam zobaczę.

W końcu nadszedł ten upragniony dzień. Godzina zero wybiła. Bałem się. Bałem się o to, by moje wygórowane oczekiwania, nie zamieniły się w rozczarowanie. Na szczęście okazało się, że – jak za chwile się dowiecie – Next Level wprawdzie urósł, ale nie zmienił swego charakteru! Ten event mimo zmiany profilu wydarzenia na „publiczny”, jest wciąż strasznie luźny i nikt nie ma w dupie kija od szczoty. Nadal jest niesamowicie stylowy i pozytywny. To powinno zamknąć usta wszystkim hejterom, krzyczącym „Nie podobają Wam się nasze zawody? To zróbcie sobie własny event, na który i tak pewnie nikt nie przyjedzie!”.

Otóż przyjechali! I to kurwa jak przyjechali! To mega korzystna wiadomość dla wszystkich fanów naprawdę dopracowanych driftcarów i stylowego driftowania. Mniej korzystna dla raków z ich gównoargumentów. Specjalnie dla wszystkich nieobecnych poszperałem trochę tu i ówdzie, popytałem, pomacałem i dowiedziałem się wielu ciekawych informacji oraz o wielu więcej kompletnie nieprzydatnych. Spokojnie… Wszystkie Wam przekaże! Z naciskiem na te drugie (XD) Jednak nie od razu AE Szesza zbudowano… tak więc zaczęło się to tak.

Już po pierwszych „przeciekach” na temat planowanego Next Level 2018 obiecałem sobie, że muszę tam być. A muszę przyznać, że było to dość odległe wspomnienie, bowiem pierwsze informacje o Next Level dotarły do mnie jeszcze w drugiej połowie 2017. W okolicach sylwestra poznałem z kolei potwierdzoną lokalizację imprezy. Będąc w posiadaniu takich informacji, nie mogłem być bierny i czułem się w obowiązku jakoś zareagować, ale najpierw WIXA(!) no bo wiecie, to przecież Sylwester. Whisky. Szmitek. Wóda. Spanie.

…i tak minęło kilka dni. Był 3 stycznia. Świetnym pomysłem, wydało mi się wówczas zarezerwowanie hotelu w Pszczółkach na termin 11-12 sierpnia (termin eventu). Trzeźwy na umyśle, uznałem ten pomysł za genialny i nawet sam się pochwaliłem. Był on niestety tak samo przewidywalny jak zakładanie Styling 5 do E36, ponieważ dokładnie tak samo postanowiło uczynić 53875984379 osób.

Ostatecznie, zaklepywałem przedostatni wolny pokój w hotelu GREGOR – taki wiecie duży, taki przystępny cenowo. Fajowy ośrodek. Mieścił się 1,2km od toru. Przynajmniej tak twierdził Google, ale kto by tam wierzył Amerykanom. Oczywiście kompletnie nie uwzględniłem w planach zdania Oliwii, bo zwyczajnie nie było na to czasu.

REZERWUJ – kliknięcie tego przycisku rozpoczęło szereg zdarzeń przyczynowo-skutkowych. Zabije mnie czy nie? Czy ktoś ze znajomych lub rodziny nie bierze przypadkiem ślubu w ten weekend? Skąd wziąć na to wszystko fundusze? Ostatecznie żyje, innych planów nie było, a fundusze się jakoś znalazły. Poza tym, zawsze mogłem odwołać rezerwacje. Bez sensu ten akapit.

Podjęta decyzja miała przywieźć nas na Pszczółki. Wszystko fajnie, ale było by to nieco łatwiejsze, gdybym nie sprzedał swojego Volvo 2 tygodnie przed planowanym wyjazdem. Tak więc po raz kolejny Karol, który chciał sprzedać dryft, był moim/naszym driverem na event.

Dzień przed eventem – Piątek

Wyjechaliśmy już w piątek bo jak wiadomo, nigdy nie potrafimy zdążyć na event przez co notorycznie się spóźniamy i pomijamy briefing. Tak jakby ktoś tam na nas kurwa czekał XD Nie mogliśmy skierować się jednak od razu w kierunku Pszczółek. Nie żeby VW Passat miał jakieś problemy, no może poza tym związanym z rdzą…

Wybraliśmy nieco okrężną drogą w okolice Kościerzyny, ponieważ czekała tam na nas moja Oliwia. Dopiero po dotarciu do jej domu zorientowaliśmy się, że odległość dzieląca nas od toru to raptem 64 kilometry… i żaden hotel w zasadzie nie byłby nam potrzebny. Tak naprawdę wiedziałem to od początku, ale wycieczka to wycieczka! Spanko w hotelu musi być! Parę piw później zapomnieliśmy o wszystkim i położyliśmy się spać, by rano wypoczętymi wyruszyć na Autodrom Pomorze.

W tym miejscu z reguły piszę coś zabawnego na temat miejscowości do której zmierzamy. Co jednak mogę napisać o Pszczółkach? Miejscowości, która słynie jak zakładam z pszczół. W dodatku ma pizzerie na Orlenie, która wygląda jak szpitalna stołówka, tak jak dania, które z niej wychodzą. Jeśli jednak ta gmina Was urzekła to 2 września mają dożynki i zagra na nich sam Luigi Pagano! Spokojnie, sam też za chuj nie wiem kto to jest.

Dzień pierwszy – Sobota

Godzina 8:15. Dzwoni budzik. Tzn. sam nie wiem czy szybciej obudziła mnie Oliwia czy te małe drące ryja ustrojstwo. W każdym razie groziła mi i Karolowi wpierdolem jeśli zaraz nie wstaniemy. Zależało jej na tym, by choć raz w życiu nie spóźnić się na otwarcie eventu tj. briefing. Wstaliśmy, bo przecież mieliśmy być pierwsi. Szybcy. Idealnie w porę.

Tak, dokładnie. Zjebaliśmy. Byliśmy pierwsi tak jak zakładaliśmy, szybsi niż byśmy tego chcieli, ale ni chuj nie w porę. Spieszę wytłumaczyć. Po raz pierwszy zdążyliśmy, ale okazało się że impreza ma opóźnienie +/- 2 godzinne. Mhm. Dobrze myślicie. Mogliśmy kurwa spać, a staliśmy nie wiedząc co ze sobą zrobić. Dramatyzuje. Wiedzieliśmy co ze sobą zrobić. Odebrać akredytacje na ten przykład.

Po uporaniu się z papierologią dotyczącą odbioru pomarańczowej opaski dla mediów, udaliśmy się zaparkować czarnego Passata TDI z zardzewiałą klapą, by chwile później przekroczyć bramę wjazdową na event. Te samą, która kilka tygodni temu została zniszczona przez jakichś przygłupów z Peugeota.

Ciekawi moich pierwszych wrażeń? Wiem, że nie. Ale i tak Wam powiem. PORKA MADONNA jessssus maria, co to był za park maszyn! Po raz pierwszy w mojej całej driftingowej nazwijmy to „karierze” doświadczyłem tak dużej różnorodności pięknych aut naraz. Instant boner, utrzymał się do końca imprezy. Był nie do pokonania, a to stanowiło pewien problem. Chodzenie z drągalem na baczność przez cały weekend nie jest łatwe! Ale od czego jest powertape, którego na evencie było… raczej niewiele.

W ogóle bardzo chciałbym powiedzieć, że wiedziałem z doświadczenia, jak zachować się widząc tyle ładnych driftcarów naraz, ale nie wiedziałem. Wątpię żeby ktokolwiek wiedział. Nie wiedziałem nawet gdzie mam patrzeć. Z jednej strony Wrong Crew, z drugiej STYLEBANGERS, na przeciwko ProDrift, a obok LOW ORIGIN(!). Muszę zrobić pauze. Okej dobra…

Kawałek dalej Adam z RX-7 FC3S, który stał wiza wi chłopaków z Oaktree Outlaws, a to dopiero 1/3 parku maszyn! Coś nieprawdopodobnego! Erekcja towarzyszyła chyba wszystkim. Każdy walczył z własnym namiotem mimo, że to nie event biwakowy. Badum tss!

Dodatkowo przez tor przewijała się ekipa HOONIGAN. W tym wypadku jednak, na ich widok bonera miał chyba tylko Pan Chomar bez R. Mimo wszystko lepiej skupmy się na przybyszach z USA. Na czele amerykańskiej ekipy, która została zaproszona na event znalazły się takie osobistości jak Hertech Eugene Jr. – ten od RX-7 FC3S czy Brandon Kado – nie, to ten drugi, tak ten, mhm ten od video. Napisałem „nie”, ponieważ większość z was myliła Brandona z Ryanem Kado, który upalał niegdyś w Formula Drift – Nissanem 350Z, a obecnie jest członkiem Animal Style.

Mijając kolejne BMW, dotarliśmy do Doriminati, które przyjechało prawie pełnym składem. Prawie, ponieważ zabrakło Bossa i jego Aristo. Na otarcie łez, kawałek dalej znajdowały się jednak dwie małe japońskie perełki. Nie, nie mówię tu o 323ti Ricza – choć bez wątpienia ten kompakt wymaga waszej uwagi(!). Jest nawet trochę japoński, nie tak bardzo jak Japonia, bardziej jak Niemcy ale jest. Serio. W końcu podczas wojny trzymali jakąś tam sztamę! Jestem słaby z historii.

Od początku chodziło mi oczywiście o AE86 Szesza, który specjalnie na ten event, wziął sobie parę miesięcy wolnego od dziarania innych ludzi, co poskutowało tym, że hachiroku wyglądała jakby świeżo wyjechała z fabryki(!) Nie. Nie rozumiecie. ONA NAPRAWDĘ WYGLĄDAŁA JAK NOWA! Coś jak świeżo rozpakowany Hot Wheels po 20 latach. Samochód wyglądał jak nowy, z zewnątrz, wewnątrz jak i od spodu! Wspaniałe auto, które docenili także goście z USA.

Obok Szeszowego 86 stała druga perełka, uturbiona Mazda MX-5 Jimmiego, który na wszelki wypadek wziął ze sobą dwie zapasowe skrzynie. Wiecie, Miata, turbo, dziwne drżenie. Awaryjne skrzynie, turbogwałty, mielenie. Ale to było słabe rymowanko. O wiele lepiej niż na moje rymowanie przygotował się Jimmy, ale to i tak na niewiele się zdało, o czym zaraz się dowiecie. W każdym bądź razie, oba z wymienionych wyżej aut wywarły na nas bardzo dobre wrażenie. Oliwia potwierdzi!

Podobne wrażenie odniosłem chodząc po parku maszyn. Oprawa wizualna eventu stała na mega wysokim poziomie. Nie biła po oczach, ale nikt z pewnością nie pomylił tego eventu z żadnym innym. Gdyby jednak ktoś zapomniał o jego nazwie, liczne flagi powiewające na wietrze, skutecznie przypominały, że jesteśmy na Next Level, a nie np. europejskim konwencie grzybiarzy. Choć pare maślaków by się znalazło.

Nie było jednak czasu na podziwianie stojących w parku maszyn aut, liczeniu powiewających flag, czy tym bardziej szukaniu maślaków. Nie po to tutaj przyjechaliśmy. Mimo, że byliśmy spóźnieni i żądni fotografowania aut w ruchu, musieliśmy zaliczyć jeszcze briefing. Miał on trwać około 10 minut. Trwał maksymalnie trzy, ale przekazano wszelkie najważniejsze informacje.

Wśród nich prośba, by pierwsze okrążenia wykonać zachowawczo. W końcu to dwudniowa impreza i szkoda byłoby zniszczyć auto na pierwszym okrążeniu. Drugą istotną informacją była prośba, by na długiej prostej kierowcy uspokoili auta i jechali na wprost. Było to konieczne, by zapewnić złudne poczucie bezpieczeństwa, dla aut stojących na podevencie – Next Level Stania.

Tak, była to także impreza stance’owa, jednak poza S2000 Bajcarka i Nissanem Cima Rysia nie było tam co oglądać. Aut w sumie też było niewiele, ale jak wiadomo to nie RACEISM i nie po to się tam zebraliśmy… Dobra! Ale my chcieliśmy już fotografować!

Godzina 12:00. Zielona flaga! Ruszyli! Jako pierwsi na torze zameldowali się przedstawiciele Low Origin oraz Eddie Trinks, właściciel czerwonej S14, który podobnie jak chłopaki z Anglii stwierdzili, że nie zamierzają odpuszczać nawet na moment. Ruszyli więc pełnym ogniem i utrzymali to tempo, aż do momentu zjazdu na zmianę opon! Niesamowite. Rzadkie. Piękne.

W dodatku Low Origin przy tym zawsze wyjeżdżało parami lub trójkami, by stworzyć mega widowiskowe trainy. Showmani z krwi i kości. Idealne połączenie. Niczym sos, ser i pepperoni. Nie można lepiej. Robili więc to po co tu przyjechali. A przyjechali zrobić tu mega zamieszanie i mieli przy tym jeden cel: nie zawieść nikogo i pozostawić po sobie jak najlepsze wrażeni!

Pewnie niejednokrotnie spotkaliście się z taką sytuacją. Oglądacie kogoś w TV albo na YT, a gdy widzicie go w końcu na żywo okazuje się, że to jedna wielka kupa gówna. A wszystko za co lubiliście daną osobę to tylko otoczka tj. dobry marketing. Znacie to? To dobrze. Tutaj tak nie było. Było zupełnie odwrotnie. Nie wiem jak na Was, ale na mnie wywarli cholernie dobre wrażenie!

Było to jednak dopiero prelundium do kompletnego gwałtu audiowizualnego. Kilkanaście minut później moje bębenki nieomal eksplodowały. Coś niesamowicie głośnego wyjechało na tor. Było to tak głośne, że sam prawie zacząłem protestować za zamknięciem Autodromu Pomorze. Nie muszę chyba przedstawiać prowodyra tej sytuacji, ani jego auta. Dobra jebać i tak to zrobię. Tak to RX-7 Adama. Najsłabsze, najpiękniejsze i najbardziej agresywnie prowadzone auto tego eventu! Samochód, który od samego początku do końca imprezy był cały czas na torze. Zero f*cks given!

Sam Adam też okazał się mega pozytywnym człowiekiem, który naprawdę czuje klimat. To chyba dlatego, że od 7 lat nie był w Polsce i nie widział tego rakowiska jakie się u nas odstawia. Okej… może widział w internecie. W sumie nie wiem. Wniosek jest jednak jasny jak Skłodowska-Curie po odkryciu radu, wyjazd z Polski wyszedł mu na dobre. Chyba pora rozważyć podobną opcje. Co myślicie?

Pytam, ponieważ w tamtym czasie nie było czasu nad tym rozmyślać. Chwyciłem za aparat i wyruszyłem razem z Oliwią na tor. Nadszedł wielki czas rozpoczęcia zbierania contentu do galerii tego wpisu. Po drodze spotkaliśmy Flicha, który podobnie jak my nie znał 90% osób z mediów pałętających się na torze. Dziwne, ale powoli się do tego przyzwyczajamy.

Po drodze spotkaliśmy właściciela toru, znajomków z którymi tworzymy DriftBloga oraz mnóstwo randomów, którzy ustawiali się na wierzchołkach zakrętów z jakimiś kitowymi obiektywami co nieco krzyżowało nam szyki. Nie żebym sam nie biegał momentami z kitem, no ale… nie wpieprzałem się w kadr i nie stałem na wierzchołku zakrętu psując wszystkim zdjęcia.

Po paru godzinach przyzwyczailiśmy się do wszechobecnych pomarańczowych kamizelek, a zdjęcia zaczynały wychodzić prawie tak jakbyśmy tego chcieli. To rzadkość. Oczywiście za każdym razem, gdy tylko zeszliśmy z toru działo się coś ciekawego jak np. crashe, latające laminaty czy urwane końcówki wydechów. Mimo wszystko coś tam „ustrzeliliśmy”.

A skoro już przytaczam słowa o latających laminatach, urywanych końcówek wydechów i tym podobnych, nie mogę nie wspomnieć o najczęściej widywanej przeze mnie osobie ściąganej z toru. Był nim Hert w Germańskim Kurwa Oprawcy należącym do Muska, a który został mu użyczony na ten event. Oprawca, nie Musk. Wspaniale przygotowane i oklejone E36 obute w Bacon Kit autorstwa Musk Customs, zostało szybko okrzyknięte przez afroamerykanina „Eurostallion’em” na podobieństwo jego RX-7 FC3S w USA.

Niestety znalazły się osoby, którym ten członek HOONIGAN kłół w oczy. Głównie przez to, że przyjechał tylko się pokazać i rozdawać autografy, a jeździć pewnie i tak nie umie – przynajmniej zdaniem hejterów. Nie jestem w stanie wyrazić słowami jak miło było oglądać, w jak doskonały sposób Hert zamyka wszystkim japy, napierdalając przez cały czas na 100% swoich umiejętności. Przy tym w ogóle nie oszczędzał auta i bardzo kurka dobrze! Przyjechał w końcu zrobić to po co był tu zaproszony. Robić show. A robił je w iście charyzmatyczny sposób.

Ściągnął nawet bagażnik z E36 w pół sekundy i nie uszkodził przy tym tylnego zderzaka! Jak sam określił „to był mój pierwszy kiss the wall w życiu! A  ten tor nie ma nawet ściany! Jednak ja sam znalazłem sobie jedną!”. Haha. Swoją drogą naprawdę zdziwilibyście się jaki to pozytywnie zakręcony i miły człowiek! Typowo amerykański lifestyle i pełen luz, naprawdę ze świecą szukać tego u naszych ziomków.

Chodziliśmy tak sobie na tor. Robiliśmy zdjęcia i wracaliśmy z powrotem. Tak przez cały dzień. Wiem, nudne zajęcie, ale lubimy to. Czynności te powtarzaliśmy do wieczora tak jak typowy nastolatek fapujący co 2h gdy rodziców nie ma w domu. Po drodze złapał nas deszcz, a mądry Maciej – tak to ja – nie wziął żadnej bluzy, ani nawet długich spodni. No bo po co? Zaufam Googlowi. Chuje! Miało być kurwa słonecznie i cieplutko! A tu pipa! Mimo wszystko cieszyłem się, ponieważ wszyscy kierowcy mogli udowodnić sobie i widzom własne umiejętności na mokrej nawierzchni.

Nim się jednak ściemniło tor zdążył w miarę przeschnąć. Niby fajnie nie? A mimo tego doszło jeszcze do kilku przykrych incydentów. Wśród jednego z nich ucierpiał compact Pentlasquad, którego widzieliśmy 1,5h wcześniej w tej samej pizzeri, w której jedliśmy… pizze. Kto by pomyślał? Nie znam typa, ale używał tego auta jako daily. Chyba. Tak sądzę. Niestety compact dostał poważny strzał i raczej chwile zajmie zanim stanie znów na „prostych” kołach.

Mimo tego, gorzej z crasha wyszedł Nissan Skyline R32 z Finlandii. Nie ma co tu dużo mówić, wózek został przesunięty w skutek uderzenia… to wyeliminowało oczywiście Mattiego z dalszej jazdy. Szkoda, bo zapowiadało się super! P.S. Dowiedziałem się, że cały tylny wózek jest już poza autem i Matti szykuje się do swapu na ten z S13. Świetna wiadomość! Auto będzie jeździć! Szanuję podejście i mam nadzieję, że zobaczymy je ponownie w przyszłym roku.

Ale nawet ten crash z udziałem trzech aut jest niczym przy wydarzeniach, które rozegrały się podczas nocnego upalania. A działo się naprawdę sporo! I szybko! Dzięki świetnemu oświetleniu na trasie, kierowcy kompletnie nie mieli blokad psychicznych przed agresywnym napadaniem zakrętów. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że w ciągu dnia trenowali i chcieli wjeździć się na tyle dobrze w nową trasę, by w nocy w ogóle nie odpuszczać! Był nawet moment na smażenie kapora, ot taki ukłon dla fanów festynów bo wiemy, że to lubią. Dzień zakończył pożar auta Muska… i ogólny burdel. O tym jednak też wspomnę nieco później. 

Po wspomnianym incydencie i rozmowie z organizatorami postanowiliśmy zwinąć się do hotelu, bowiem i tak w niczym byśmy tam nie pomogli. Spanko w hotelu to odrębna historia na wpis. Zaczęło się tradycyjnie od wizyty w sklepie w tym wypadku Żabce, a skończyło na pijaństwie, driftowaniu na wózku od bagażu, bieganiem o 3 w nocy po hotelu z hihraniem, darciem ryja, zamawianiem taksówki, przechodzenia między pokojami przez zewnętrzne okna na wysokości drugiego piętra (nie ma się czym chwalić), samookaleczaniem, przenoszeniem mebli, wystawianiem drzwi z zawiasów czy pokazywaniem jaj. Co za pojebana akcja. Jednak kiedy Karol ni z gruchy ni z pietruchy zadał pytanie „ej lubicie stupki?”, uznaliśmy razem z Oliwią, że pora spać.

Tak naprawdę to w międzyczasie wynikło zamieszanie, związane z tym kto lubi stupki, a kto nie. Do dziś jest to tematem sporów. Nie wiem nawet o jakich stupkach wtedy rozmawialiśmy, pamiętam tylko przebieg wydarzeń. Powtórzyliśmy po sobie z Bartkiem dwie sprzeczne odpowiedzi… Wyszło na to, że chyba nikt ich nie lubi. Biedne stupki są biedne, a nam nie pozostało wtedy nic innego jak zwinąć się do własnego pokoju.

Dzień drugi – Niedziela x NEXT LEVEL 2018

Spotkaliśmy się nazajutrz. Dokładniej rano, na śniadaniu. Przy okazji okazało się, że WrongCrew również nocował w tym samym hotelu i nawet na tym samym piętrze – no chyba, że to nie oni. Zapytali nas w każdym razie jak nasze wrażenia pod względem hotelu? Odpowiedzieliśmy, że mega spoko tylko jacyś idioci biegali w nocy i darli ryja. Uwierzyli nam i zaczęli typować osoby, które mogły to zrobić – oczywiście pomijając nas. Po posiłku i wymeldowaniu, dzidowaliśmy na tor! Rozpoczął się drugi, a zarazem ostatni dzień zmagań kierowców po Autodromie Pomorze. Jimmy od samego rana zmieniał kolejną zmieloną skrzynie na jeszcze inną i tak w kółko.

Nim zebraliśmy się na tor postanowiliśmy z Bartłomiejem, obkupić się w bluzki V8illumianti, bo tak zostaliśmy wychowani. V-H8, żadne podrabiańce. Po udanych, przynajmniej dla jednego z nas zakupach mogliśmy powrócić do typowych aktywności podczas eventów driftingowych. Obijania się, robienia zdjęć i zagadywania typów z nadzieją na otrzymanie darmowej wlepki. To ostatnie szło tak sobie.

Lepsza pogoda, kierowcy wjeżdżeni w trasę i sterta nowych opon, która została po sobocie sprawiła, że na torze pojawiało się coraz to więcej driftcarów i to mimo ograniczenia pięciu aut jednocześnie na torze. Tak 5 aut maksymalnie na torze, tak zarządził on. Właściciel toru. Cóż trochę to denerwowało, ponieważ tor był całkiem spory, a ograniczenie grup do 5 aut wydawało się wszystkim no cóż… śmieszne.

Mimo tego, mogliśmy zaobserwować genialne trainy w wykonaniu Low Origin. Poza tym świetne pary Szesza i Adama, czy nawet traina, bo próbował się do nich podłączyć @wrvble ze swoim charakterystycznym, czerwonym BMW E30. Kiedy tak obserwowaliśmy driftujące samochody, każdy z nas nabierał przekonania i swego rodzaju namawiał siebie „Zrób to! To jest twój czas! Zbuduj auto, upalaj!” Nawet Karol uznał, że chyba jednak nie sprzeda dryft i wyciągnie E36 z krzaków. Tak, wiem Karol E36 nie stoi w krzakach.

Pod wieczór tego samego dnia, udaliśmy się pod „scenę” gdzie organizatorzy przyznali wyróżnienia w kilku kategoriach. Swoje 5 groszy, a raczej trzy statuetki dołożył CarSwag. Byłem już obecny na wielu dekoracjach kierowców, ale żadna nie przypominała tej. Z reguły to najnudniejsze części imprezy. Bezsensowne pryskanie się szampanem, przybijanie piątek (a i to rzadkość) i to by było na tyle. Ma się ochotę od razu pobiec do najbliższego salonu Opla, kupić Corse, Mokke czy co oni tam jeszcze mają i jeździć nią aż odpadną koła, udając niezmęczonego życiem. Tutaj z kolei było zabawnie, kierowcy chętnie ustawiali się do zdjęć, odpierdalając przy okazji jakąś manianę i ogólnie było to całkiem przyjemne widowisko. Pełen luzik!

Po uhonorowaniu wszystkich adekwatnymi wyróżnieniami, została jeszcze godzina upalania. Coś tam się niby jeszcze działo, ale nim zdążyliśmy udać się po raz ostatni na tor, wybiła godzina 18:00, a event oficjalnie się zakończył i rozpoczęło się ładowanie aut na lawety. Również i na nas przyszedł czas. W drodze powrotnej towarzyszył nam Ludwik z Dagmarą co pomagało nam nie zasnąć… przynajmniej do Wągrowca, tam zamieniliśmy się z Karolem miejscami. Włączyłem „swojego” autopilota, bo przecież jechaliśmy Passatem a nie S-Klasą czy nową Teslą – i ni chu chu nie pamiętam jak dojechaliśmy do Poznania. Zmęczeni, ale podekscytowani, „okaleczeni” ale zadowoleni, weseli ale bez sił na obrabianie zdjęć, wróciliśmy do domów i tak zakończyliśmy ten weekend. Wiem. Trochę nudna końcówka. Jeżeli jeszcze nie zasnęliście zapraszam na dalszą część wpisu.

10 najważniejszych dla mnie rzeczy z NEXT LEVEL 2018

10. Next Level to szansa wyjścia z dupy, do tego dobrze rozpromowana!

Za każdym razem, gdy dochodzi do internetowej gównoburzy dotyczącej driftingu, każda ze stron zaczyna rozglądać się za argumentami, które można użyć, by obwinić drugą stronę, a to za gorszą jazdę, a to za gorzej wyglądające auta, za nudniejszy timeline, czy samochody budowane do stania. Ale w rzeczywistości wszystko jest bardzo proste: jeśli drifting staje się w tym kraju coraz gorszym gównem, a zawody przeistaczają się w pełnoprawne festyny z atrakcjami dla widzów, w których brakuje tylko dmuchanych zamków to przecież nic nie da się w tej kwestii zrobić. Walka z wiatrakami, czyż nie?

A może jednak? Prawda jest taka, że stojąc ciągle w obliczu tego pozornie nierowzwiązywalnego problemu, zwykliśmy znajdywać rozwiązania. Next Level znalazło sposób na to, by nikt więcej nie musiał sobie wydłubywać gałek ocznych, oglądać drift „na żywo”. Jak tego dokonali? Organizując swój pierwszy publiczny event! Biletowany. I bardzo dobrze!

Chcąc zmienić wizję driftingu w głowach ludzi, trzeba ich najpierw do siebie przyciągnąć. RACEISM zrobił swoje, Doriminati też zrobiło swoje, teraz przyszła kolej na Next Level, które zainteresowanie podbijało głównie poprzez szeroko rozwiniętą promocję w social mediach. Magia internetu przełożyła się na sporą liczbę widzów i wielkie zainteresowanie kierowców spoza naszego kraju. A to już można uznać za sukces!

9. Międzynarodowy event sprowadził do nas ekipę HOONIGAN!

Dobrze rozegrana akcja marketingowa, byłaby niczym gdyby nie znane twarze i teamy driftingowe, które przyjęły zaproszenie na ten event. Najbardziej znane ekipy to oczywiście amerykańskie Hoonigan i nasze europejskie teamy jak np. Low Origin, z czego tylko Ci drudzy mogli pochwalić się własnymi driftcarami. Z mniej znanych teamów obecnych na NL z zagranicy było Oaktree Outlaws czyli w tym konkretnym przypadku mieszanka szwedzko-australijska, a także Makosa Streetboys czy Christoffera „Totte” Petterssona – @downforcegarage.co.jp!

Zaproszenie tych osób było strzałem w dziesiątkę i jak widać rozpoczął on zapomniany już trend w organizacji luźnych eventów, choć nie możemy zapomnieć, że to Drift Familia z zaproszonym Norbe była nazwijmy to „pierwsza”. Ale nie o to chodzi. Skoro jednak już o tym wspomniałem to w październiku na evencie Doriminati będą NoriYaro oraz Chelsea DeNofa! Musicie tam być!

Wracając do tematu, naprawdę nie mogę się doczekać materiałów, które wyjdą spod ręki Hoonigan’s. Brandon Kado, specjealnie na te wyprawę zabrał ze sobą niezwykle ciężki i profesjonalny sprzęt video, który do tej pory nigdy nie był widziany na eventach driftingowych w tym kraju. Kręcenie mega dobrymi lustrzankami, przy jego kamerze to jak Styling 5 przy VSKF. Obrazki spod jego ręki z pewnością będą cudowne. Wystarczy poczekać na video!

Również inne zagraniczne ekipy nagrywały swoje klipy. Wysyp świetnych jakościowo video czy też vlogów będzie naprawdę duży. Jak do tej pory najbardziej pamiętnym video eventu i tak będzie klip z instastory Tye’a Jefferies’a, który nagrał jak Hertech Eugene Jr. ściąga klapę z E36 Muska w zaledwie pół sekundy! Zerknijcie na jego kanał na YT, gdzie znajdziecie parę vlogów z jego wyprawy!

Aż mi wstyd, że w porównaniu do kolegów z za wielkiej wody mogę się „pochwalić” średniej jakości galerią i wpisem. Osobiście jestem ciekaw, kogo możemy spodziewać się w przyszłym roku na Next Level? W teorii wszystkie ekipy zobowiązały się do powrotu w przyszłym roku, ale z pewnością grono kierowców zostanie sporo poszerzone! Gdyby tylko znieść ten limit 5 aut na torze w jednym czasie, ehh… Byłoby wspaniale.

8. @Hertlife – najbardziej przyjazna osoba tego eventu!

Jakub Musk Tatara człowiek żyjący marzeniami i spełniający je. Jego pasja przełożyła się na powstanie Musk Customs, uformowanie się STYLEBANGERS czy w pewien sposób też NEXT LEVEL, które bez niego nie miałoby większego sensu. Śmiało można założyć, że jest to twarz, która na stałe zapisała się na kartach historii polskiej stylowej sceny driftingowej.

Tym razem jego rola była jeszcze większa. To właśnie jego Germański Oprawca lub jak nazywał go Hert ‚eurostallion’ miał być prowadzony właśnie przez tego sympatycznego gościa z USA.

Hert zrozumiał swoją rolę i miał chyba coś do udowodnienia sobie i zebranym na evencie widzom. Poza tym musiał robić wszystko co w jego mocy by film kręcony przez Brandona na potrzeby kanału YouTube HOONIGAN nie był zlepkiem pseudojazdy, tylko prawdziwego driftingu. Agresywnego, szybkiego i co najważniejsze płynnego!

Wiele można mówić o Hercie, ale na pewno nie to, że nie umie jeździć! Widać, że liczne filmy z jego Mazdą RX-7, które znamy z YouTube’a to nie tylko „chwyt marketingowy”, a prawdziwe umiejętności, które potrafi zaprezentować nawet w samochodzie, którego w zasadzie kompletnie nie znał. Szacuneczek.

Poza tym trzeba nadmienić, że Hert jest niezwykle miłą i sympatyczną osobą z mega dystansem do życia, dlatego rozmawiał dosłownie z każdym, kto tylko do niego zagadał. Nikogo nie olewał i próbował odpowiedzieć na każde pytanie, nawet jeśli zostało zadane łamaną angielszczyzną – nie mówię tu o sobie(!). Miło.

7. Festiwal ledów i iskier – podczas nocnej sesji na torze

Podobno Zielik pod swoim Lexusem rozłożył w pizdu ledów! Ile to jest w pizdu? Nie wiem, a nie chce przypominać starego dowcipu, dlatego powiem tylko, że nigdy nie widziałem tylu świecących ledów naraz! Tym razem też nie zobaczyłem ich w akcji bo… Zielik postanowił popsuć swój samochód nieco wcześniej.Cóż zapowiadało się fajnie…

Tu uwaga! Neony pod autami nie są wieśtuningiem. Nie w przypadku takich aut. Kiedyś wyglądało to słabo, bo auta miały seryjne zawieszenie, a i same projekty pozostawały wiele do życzenia, nawet jak na ówczesne realia. Tu wygląda to naprawdę super! Jest to również temat na osobny wpis.

Cóż jedni mieli ledy… a inni postanowili wykorzystać naturalne środki do podświetlenia auta czyt. jego wyróżnienia na torze. Świetnym przykładem jest Mazda RX-7 FC3S Adama Maciejewskiego – tak po raz kolejny wspominam w tym poście o Adamie i jego RX-7. W dodatku to nie ostatni raz w którym o nim wspomnę! Obserwując jego nocne przejazdy widziałem tylko kilka rzeczy. Czerwoną Mazdę, rozgrzany do czerwoności układ wydechowy pod autem i mnóstwo iskier wydobywających się spod auta. Piękne! Niebezpieczne! Fajne!

Poza tym w nocnej sesji znaleziono nawet chwile na palenie kapora, tak by widzowie, którzy upodobali sobie festyniarskie klimaty znane z innych imprez znaleźli też coś dla siebie. Trwało to jednak bardzo krótko, ponieważ trzeba było jeździć! Nocna sesja miała zakończyć się o 21:55 tak, by o 22:00 na torze panowała już cisza… bo jak już wiecie albo i nie, również i Pszczółki zostały oprotestowane przez okolicznych mieszkańców. Typowe pierdolenie o tym, że za głośno jakie znamy z Lublina, Poznania i innych zakątków Polski. Smutne. Ale skoro już o problemach mowa…

6. Cud, że organizatorzy poradzili sobie z wszystkimi fuck-up’ami organizacyjnymi

Mało kto wie, że pod względem organizacyjnym, prawie wszystko co mogło pójść źle, poszło źle. Nie dotarły chociażby identyfikatory, i inne gadżety, za których dostarczenie odpowiadać miała firma kurierska FedEx. W skrócie – dali dupy.

Barierki? Sorry nie przyjadą. Ochrona? W ostatniej chwili położyła wacka na tę impreze. Radźcie sobie. Poziom stresu organizatorów musiał sięgać zenitu. Nie dziwią więc opóźnienia, które są naturalnym następstwem takich sytuacji. Na szczęście wszystko udało się ogarnąć w błyskawicznym tempie. Podziwiam umiejętności radzenia sobie ze stresem. Ja pewnie dawno zjadłbym buty z nerwów. Buty? Ktoś tak w ogóle mówi? Mniejsza.

Nad porządkiem, a jak dowiecie się nieco później – nieporządkiem imprezy – miała czuwać specjalnie wynajęta firma ochroniarska, która również dała dupy. Ten fakt oczywiście nikogo nie dziwi, bowiem firmy ochroniarskie w Polsce zarządzane są przez bandę debili. Podstawowym warunkiem zatrudnienia jako ochroniarz powinny być psychotesty, gdzie bada się czy przyszły pracownik, aby na pewno nie jest daltonistą. Odniosłem bowiem wrażenie, że 90% ochroniarzy właśnie nimi była. Rozróżnienie kolorów opasek stanowił nie lada problem dla niektórych z panów.

Skutkowało to faktem, iż liczba randomowych osób, którzy przedostali się w miejsca, w których być nie powinni jak np. park maszyn, była większa niż można byłoby się tego spodziewać, ale nie tak zła jak na innych eventach, na których byłem. Pomijam oczywiście sytuacje z nocy, gdzie setki osób znalazły się w jednym momencie na płycie toru, a ochrona do końca nie wiedziała co powinna zrobić. Jednym słowem. Ochrona – dno.

5. H O T   B O I –  Pożar M3 Muska i bezradność OSP

Niestety najbardziej wyczekiwany event w roku okazał się być najbardziej pechowym w driftingowej karierze Jakuba Tatary. To już drugi raz, gdy M3 zaliczyło poważny fuckup. Pierwszy raz w 2013 roku na torze Kielce kiedy to M3 z ogromna prędkością wbiło się w bandę, z taką mocą, że dzwon skrzyni biegów odbił się w tunelu środkowym. Drugi raz podczas opisywanego eventu Next Level. Auto częściowo spłonęło. Jak do tego doszło? Nie wiem, nie pytajcie mnie, zarobiony byłem.

Tak po prawdzie, to nie chce się po raz kolejny wkur… denerwować. Nie znam wystarczającej liczby obraźliwych słów, by wyrazić moje potępienie i krytykę służb porządkowych – głównie Straży Pożarnej – za ich opieszałość w przypadku tego pożaru. Wszelkie memy na temat OSP wydały się być nagle prawdziwe. Kuba zdążył, wypsikać swoją gaśnicę, nagrać film i czekać na straż, która od początku widziała całą sytuację ale nie garnęła się do akcji, no bo po co? Zapłacone? Zapłacone! Wystarczy na flaszki, nigdzie nie będziemy się ruszać – tak pewnie pomyśleli. Wiem, że tak nie było. Ale tak to wyglądało z boku.

Mimo wszystko co po takich strażakach, którzy w iście ślimaczym tempie rozwijali węże by następnie zorientować się, że nie mają wody(?), albo proszący zewnętrzne osoby, by odłączyły akumulator…(zasłyszane). Śmiech przez łzy. Na całe szczęście większość parku maszyn zmobilizowała się, a kolejni kierowcy dowozili swoje gaśnice lecz i tu był problem. Bowiem ochrona, która nie potrafiła powstrzymać kilkuset osób, które wdarły się na tor przez „nieszczelne” ogrodzenie, nie chciała przepuścić chłopaków z gaśnicami. Co za pojebana akcja.

To dopiero początek skeczu na miarę Monty Pythona. Strażacy nie umieli obsłużyć niektórych gaśnic, a rozgryzienie sposobu ich działania trwało dłuższą chwile. Chciałbym nadmienić, że bez tych gaśnic nie udałoby się ugasić auta. Ochrona również w pewnym momencie zaczęła odgrywać RAMBO i wyganiać wszystkich z toru co było oczywiście słusznym posunięciem. Szkoda, że trzeba było na nie tak długo czekać.

Gdy wszystko zostało już ugaszone z głośników wydobywał się akurat utwór Wiz Khalifa – See You Again, idealnie w porę. Co tu dużo gadać. Smutny widok. Jeszcze smutniejszy, gdy auto wracało na lince za quadem do parku maszyn… Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło. Kuba w końcu pomaluje komorę silnika. Ma ku temu świetną okazję, bowiem obecna jednostka i tak musi opuścić nadwozie. Miejmy nadzieję, że eMka wróci mocniejsza, szybsza i w jeszcze lepszym stylu.

4. Nikt Wam tyle nie da co ja Wam tu napiszę

Chciałem tutaj zebrać kluczowe momenty podczas dwudniowego Next Levelu. Jednak jest ich tak dużo, że muszę o nich wspomnieć po łebkach w tym jakże już długim wpisie.

Zacznijmy od Oaktree Outlaws, który świetnie udowadnia, że niemożliwe staje się możliwe pompując 2 bary w CA18DET. Oczywiście nie jest to zwykłe CE18DET, zostało zakute i gruntownie przebudowane co finalnie umożliwiło uzyskanie około 450 koni mechanicznych(!) Niestety przez pewne problemy ich auta niezbyt często wyjeżdżały na tor. Nie to nie przez obróconą panewkę, w tym przypadku nic takiego się nie zadziało. #nietypoweca18det

Równie ciekawym projektem była tylnonapędowa Honda Prelude. Był to bez wątpienia szok dla wielu osób, dla mnie również. Strasznie podoba mi się, że w tym kraju istnieją tak zakręceni ludzie, będący gotów by to zrobić. Auto zostało przekonwertowane na RWD przy użyciu silnika z Mercedesa(?) oraz tylnego wózka z… Opla Omegi. Niestety auta nie widywałem zbyt często na torze, ale gdy już upalało to nie sprawiało wrażenia jakiegoś ulepa. A to ważna rzecz.

Jedyne co mnie zastanawia to fakt czy samochód nie domagał, czy kierowca nie ogarniał. Może starał się jeździć bardziej zachowawczo? W końcu to świeżo zbudowane auto i wiele rzeczy mogło pójść przecież nie tak. W każdym bądź razie, niemal każdy Hondziarz na świecie widział już tą Prelude, bowiem filmiki z Next Level z jej udziałem robią prawdziwy szał przechodząc do viral’u. Wyświetlenia rosną z każdą minutą(!), a filmik został kilkanaście razy repostowany przez różne strony.

Nie pomyśli poszło również Riczowi, a raczej pojechało… prawe tylne koło rozdzielając się od budy. W skrócie – ścieło szpilki tylnego prawego koła, co zaskutkowało spinem i urwaniem koła, które przetoczyło się równolegle do parku maszyn idealnie na widoku widzów. Ot taka dodatkowa, nieplanowana atrakcja! Co ciekawe gdy koło uderzyło w stojące opony oddzielające tor od parku maszyn i dróg dojazdowych, dystans, który również odpadł, katapultował się jak z procy i doleciał aż do lawet! Można sobie tylko wyobrażać siłę i prędkość z jaką te część tam dotarła.

Swoją drogą dobrze, że ktoś sprzedał dobry patent na podłożenie zużytej opony pod wahacz, piastę i spód auta co umożliwiło bezpieczne ściągnięcie auta z toru. Aha! Będąc w temacie Ricza i Szesza, ten drugi wybił temu pierwszemu przypadkowo tylną szybę w compactcie. Szyba została szybko zaklejona, jednak i to na nic się nie zdało bo po kilku okrążeniach rozsypała się w drobny mak i zastąpiono ją kartonem przymocowanym przy użyciu power tape’a. Tak trzeba żyć!

Ten dzwon był jednak niczym w porównaniu do kolizji z udziałem trzech driftcarów. Zaczęło się od spinującego Zielika w Lexusie IS200 z 1UZ-FE, Compact E36 Pentla Squad próbował się ratować blokując koła nie doprowadzając do zderzenia, jednak w jego tył wjechał rozpędzony Skyline z Finlandzkiego teamu Makosa Streetboys, który zahaczył też o auto Zielika. Mogłem popierdolić kolejność, ale Zielik miał więcej szczęścia niż… cylindrów, przez co zawieszenie Lexua ucierpiało o wiele mniej niż początkowo mogłoby się wydawać. Szkoda, że musiało się to wydarzyć tuż przed nocną sesją. Smutno.

Style Bangers tymczasem byli rzadkimi gośćmi na torze, tzn. tradycyjnie jeździł praktycznie tylko Kuba i Kacper… Na jedno czy dwa kółka wyjechał też Marcin Ukleja i to by było na tyle. Szkoda, ale wiedząc ile aut musieli przygotować na event, oraz ile problemów organizacyjnych wynikło po drodze, jestem w stanie im to wybaczyć.

Przez ten cały wpis zapomniałem o dwóch najładniejszych BMW E36! Mowa oczywiście o BMojocie EZX36 Szesza i podobnej wizualnie konstrukcji Arona. O ile auto Szesza znamy już dość dobrze, o tyle auto Arona to w tej odmianie nowe auto na scenie. Budową auta zajęła się podpoznańska firma Husaria Customs, specjalizująca się w serwisie i budowie aut do sportu, głównie BMW.

Prace nad BMW trwały długimi miesiącami, silnik został przełożony ze zmęczonego już życiem touringa. Przy okazji dokonano pełnej rewizji silnika, który sam przeszedł szereg usprawnień i modyfikacji. W aucie zostało zamontowane więcej nowych rzeczy niż ja kiedykolwiek będę miał w jakikolwiek swoim aucie. Auto dostało ponadto bezpieczny zbiornik paliwa, gwint ISC czy kompletnie nowe zawieszenie ze skrętem SAS, nad którym Ludwik siedział 10 roboczogodzin, żeby jakkolwiek działał. Driftcar został w całości pomalowany – również w Husaria Customs.

Największym sukcesem jest bez wątpienia fakt, że to już drugie auto zbudowane od zera dla klienta w Husarii, które przejeździło cały event bez awarii ku uciesze właściciela, który w komfortowych warunkach mógł słuchać mixów szmitka dzięki nie pominiętemu sprzętowi car-audio. Ludwik się spisał! Schludny, niski, a zarazem komfortowy i bezawaryjny setup!

3. Bieganie, hichranie i darcie ryja o 3 w nocy, takie rzeczy tylko w hotelu
Oczywiście żaden dwudniowy wyjazd nie może się obyć bez pijaństwa w hotelu. My trochę przegieliśmy, a fakt braku kamer na naszym piętrze tylko pobudził naszą wyobraźnie.

Poczynając od przechodzenia z pokoju do pokoju przez okna na wysokości drugiego piętra, przez wynoszenie mebli, wystawianie drzwi (przypadkowo przysięgam!) przez „driftowanie” na wózku od bagażu, bieganiu po hotelu, samookaleczeniu się i darciu ryja, po zamawianie taksówki, która miała nas zawieźć 1,2km na tor o 3 w nocy kończąc.

Działo się tam prawie wszystko to co nie powinno. Mimo tego nikt nie wiedział, że to nasza sprawka i nikt nie ucierpiał. Poza Karolem. Taa, podczas gdy odkryliśmy tunel na wysokości drugiego piętra łączący dwa budynki Karol już obmyśliwał swój plan. Gdy nasza pijacka czujność była już uśpiona, poprzez robienie sobie selfiaków, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego, Dembek krzyknął tylko „Spierdalamy!” i zaczął biec ile sił w nogach. No debil nie? A my jeszcze więksi bo pobiegliśmy za nim. Pech chciał, że tunel łączący budynki był „z górki” i posiadał dwa łagodne zakręty w które Karol się po prostu nie zmieścił… Nie to, że jest gruby, bo schudł ponad 40kg(!), tylko jego pijacka nadsterowność skierowała jego bark wprost na drewniany wspornik tunelu. Skończyło się ne mega wielkim siniaku. Cud, że się nie zabiliśmy. Chce tak częściej. Wspaniały wyjazd na prawdę.

2. Hurr durr zbyt drogie bilety, kiepskie miejsca do stania i inne pierdolamento
Bilety na event kosztowały odpowiednio 55zł w przedsprzedaży i 65zł w obu dniach eventu. Zważywszy na obiekt, driftcary i przybyłych gości to jak za darmo. Mimo to znalazły się osoby, które z cen zadowolone nie były i krytykowały event za opóźnienia w harmonogramie. O ile drugi z podanych „zarzutów” już omówiłem, o tyle spójrzmy na ceny wejściówek z drugiej strony.

Idziecie na koncert ulubionej kapeli, która życzy sobie niejednokrotnie od 60-170zł za wstęp na koncert. Oczywiście to optymistyczna wersja pod warunkiem, że wasza ulubiona kapela to JAN-POL Band, bo na koncert gwiazd musicie zapłacić trzy, pięć, albo dziesięć razy tyle. Kilkaset złotych za gównokoncert, który trwa maksymalnie 2,5h płacicie horendalną sumę, a i tak nie jesteście wstanie zbić piątki z wokalistą i jeszcze wstawiacie na insta jak to jest zajebiście! I jakoś nikt w tym nie widzi problemu? Dwudniowy event za 55-65zł był za drogi? Ja uważam, że był za tani, że takie ameby na niego weszły.

Do tego to gadanie, że widzowie mieli tylko kilka wyznaczonych stref w których mogli przebywać. Tak! Szybko pojawiły się głosy niezadowolenia, że miejsca słabe, że nie można wejść do parku maszyn itd. Uprzedzam: TAK WŁAŚNIE POWINNO BYĆ. Zakaz wstępu do parku maszyn dla randomowych osób to mega bezpieczne rozwiązanie dla kierowców, którzy wyjeżdżając na tor zostawiają masę cennego sprzętu na swoim często nie pilnowanym przez nikogo stanowisku serwisowym. Tak samo jest w największych ligach driftingowych. Musicie się z tym pogodzić.

1. Statuetki Next Level dla najlepszych aut i kierowców

Event byłby niczym gdyby nie wyróżnienia i nagrody. Oczywiście nie o to tutaj chodzi, ale Next Level to miejsce do którego jedziesz się dobrze bawić i spędzić dobrze czas ze znajomymi. Bawisz się świetnie i to bez alkoholu! Szok!

Rozdawanie wyróżnień rozpoczęto od Next Level Stania. Wiem tylko, że jedno z wyróżnień otrzymało zasłużenie niebieskie S2000, inne czerwony Mercedes – nie wiem jaki bo się na nich nie znam. Nie muszę. Ta część eventu – NL Stania – niestety mnie nie porwała, oraz jeszcze jedno auto… ale kompletnie nie wiem jakie i kogo. Widocznie nie było dla mnie takie super.

Wyróżnienia dla drifterów to kompletnie inna bajka. Next Level Team to statuetka dla najlepszego teamu eventu. Wybrano dwa takie teamy i oba z nich to zespoły zagraniczne. Nic więc dziwnego, w końcu wprowadzili do nas inną, nową i lepszą jakość. Oaktree Outlaws oraz Low Origin bo to o nich mowa, otrzymali te nagrody – moim zdaniem w pełni zasłużenie!

Ale skoro już wśród wygranych mamy australijczyka… a wszystkie filmy na Vimeo, YT i opowieści zza jeszcze większej wody mówią o tym, że w Australii jest zwyczaj picia alkoholu z buta, tutaj też musiało tak beć. Shoey! Shoey! – skandowali wszyscy. Tye nie kazał się długo namawiać, niemal momentalnie zdjął prawy but i nalał do niego Monsterka, przez co powiedzenie Brachu Dupnij Se Monsterka – w skrócie BDSM – nabiera nowego znaczenia.

Tytuł Next Level Forever Broken przypadł największemu pechowcowi ostatnich miesięcy. Enes z Doriminati bo o nim mowa, po raz kolejny musiał rozstać się ze swoją jednostką napędową. Nowo zakuty silnik, poddał się. Historia się powtarza, tak samo jak ostatni fuck-up. Do wszystkiego doszło na kilka dni przed eventem. W związku z licznymi niepowodzeniami z tym autem, Enes postanowił sprzedać budę, która parę dni po Next Level pojechała do nowego właściciela. Szkoda.

Chwile później przyszła pora na wyróżnienie Next Level Tandem Freak, które powędrowało w pełni zasłużenie do Adama Maciejewskiego (RX-7) oraz Dana Joyca – właściciela Nissana Silvia S15 (Low Origin), który również prezentował mega skill, a jego S15 klejąca się do innych aut wyglądała przejebanie dobrze! Tak dobrze, że chyba zrobię sobie mały ołtarzyk w domu.

Next Level Globetroter to z kolei nagroda dla osoby, która pokonała największy dystans na event. Tutaj po raz kolejny uchonorowano Tye’a Jefferies’a z Australii, który po raz kolejny musiał wykonać shoey, bo w końcu ma dwa buty, a pił tylko z jednego! Piwo szybko dostarczył Zielik, który swoją drogą również dostał wyróżnienie po znajomości od tak za „kolesiostwo”. Był to voucher na zakupy w FMIC.pl

Najważniejsze wyróżnienie Next Level Best Drift Car najniższego auta British Drift Championship – Nissana S14a Alexandra Lawa. Tak, S14a, które mogliście podziwiać w Pszczółkach to auto konkurujące jeszcze niedawno w najwyższej serii driftingowej Wielkiej Brytanii! Ale zdaniem naszych polskich włodarzy i innych drifterów, tak niskim autem się nie da walczyć. Bzdury, bzdury i jeszcze raz bzdury!

Nie wspomniałem jeszcze o nagrodzie Next Level Run The Wall, którą otrzymał Hertech Eugene Jr. z Hoonigan! Mało kto wiedział o tym, że w planach było postawienie ściany na torze… w końcu nazwa wyróżnienia do czegoś zobowiązuje. Ściany jednak nie było, to z kolei nie przeszkodziło Amerykaninowi w znalezieniu sobie jednej… z opon. Tak tej samej, gdzie ściągnął bagażnik z E36 Muska w 0,5s. Było to zarazem pierwsze Kiss The Wall Herta w życiu! Gratuluję!

Swoje wyróżnienia przyznał także CarSwag. Były ich trzy, DRUCIARSTWO, Panty Dropper oraz GNUJ – to ostatnie było ciężkie do wytłumaczenia gościom z  zagranicy. Otrzymali je kolejno Adam Maciejewski – DRUCIARSTWO, Alex Law (Low Origin) – Panty Dropper oraz Eddie Trinks – GNUJ, jeśli nie kojarzycie tego ostatniego, to powiem Wam tylko tyle, że to właściciel czerwonego Nissana S14, który uplał je przeokrutnie dobrze! W dodatku nie oszczędzał go ani trochę. Po raz kolejny to powtórze: TAK TRZEBA ŻYĆ!

Ulubione auto eventu? RX-7 FC

Zapytany o ulubione auto eventu, zostałem zapędzony w kozi róg. Niemal niemożliwym jest wybranie jednego auta, nie krzywdząc innych kierowców i ich driftcarów. Na swój sposób każde auto było najlepsze. Jeśli jednak miałbym wybrać jedno auto, które wyglądało świetnie, jeździło świetnie i widywane najczęściej na torze byłby to z pewnością Adam Maciejewski z jego RX-7 FC! Cudowne auto.

FC przypomina mi mojego starego laptopa. Pełno na nim naklejek, zarysowań w dodatku jest głośny i mocno się grzeje, ale dzięki odpowiednim użytkowaniu można za jego pomocą stworzyć wspaniałe treści, jak np. ten blog czy DriftBlog.pl. Tak samo Adam, który w zaledwie 3 dni wrzucił silnik wankla z powrotem do RX-7. Znając te budę na wylot potrafił zamaskować okolice 150KM mocy, swoim skillem i agresywną jazdą, nie odpuszczając kilkukrotnie mocniejszym autom. Wspaniale było to oglądać.

Do gustu przypadło mi zresztą więcej aut. Jednakże stylistyka dwóch aut, o których zaraz powiem nie jest podobna do innych driftcarów na tym evencie. I na innych eventach. Ale drobne zmiany w ich wyglądzie sprawiły, że są istną definicją OEM+

Tak naprawdę to trochę bajeruje, bo takich aut było więcej, ale chodzi mi oczywiście o wspomniane już RX-7 i PS13 należącego do Christoffera „Totte” Petterssona. Auta niemalże seryjne. Nie przesadzone, ale przyciągające uwagę. Driftcary prezentujące odmienną szkołę modyfikacji. FC to przedstawiciel nieco zgruzowanego OEM looku. Seryjne nadwozie, wolnossący silnik wankla, kupiony za kilkaset funtów i włożony w trzy dni, dodatkowo obniżone nadwozie z małym kółkiem. Takie połączenie musiało się podobać.

PS13 z kolei to typowy OEM+ Minimalnie poszerzone tylne błotniki, idealnie pasujące 17 calowe felgi RAYS TE37, oraz całe nadwozie zbudowane w trosce o najmniejsze detale. Dbałość o to, by nie odejść za daleko od OEM’owego wyglądu auta dodawała uroku. I choć mógłbym tak ględzić o tym jak bardzo podobały mi się te dwa driftcary i tak nie oddam tego słowami.

Powiem tylko, że samochody te podobnie jak S14 Eddiego Trinksa czy AE Szesza, kompletnie nie przypominały  tego co znamy z naszego podwórka, a które nazywane są „profesjonalnymi” driftcarami. To właśnie one coraz częściej wyglądają jakby ich właściciele wykupili i zamontowali wszystkie możliwe akcesoria z gazetki promocyjnej TESCO. Na Next Level nie uświadczyliśmy przesadnych spoilerów, ani niskiej klasy podrabianych felg z nazwą pewnego azjatyckiego kraju – wróć! Okej, było kilka aut na tych podjebach.

Zalety Next Level zauważyły szczególnie te osoby, które do tej pory uczęszczały jedynie na zawody i pierwszy raz w życiu odwiedziły tego typu event. Już same doświadczenia wizualne wprawiały wszystkich w lepszy nastrój. Samochody były ładne, dopracowane, po prostu zadbane, dzięki czemu najgorszy możliwy przejazd nadal wyglądał spoko. Postawienie na stylistykę i umiejętności kierowców, okazały się strzałem w dziesiątke. Podobało mi się to.

Podsumowanie

Next Level zebrał doskonałe oceny od niemal wszystkich odwiedzających, kierowców i przedstawicieli mediów. Był głośny za sprawą Adama, widowiskowy za sprawą Low Origin, szokujący z powodu braku kompetencji straży pożarnej, po prostu był świetny. Niemal na pewno było to najlepsze tego typu wydarzenie w tej części Europy!

Swoją drogą, kiedy pisałem poprzednie podsumowania eventów, dochodziłem do tego miejsca, po czym stwierdzałem, że mimo pewnych niedociągnięć event był super. Ale w tym wypadku jest inaczej. Ten event po prostu był GE-NI-ANAL-NY Z biegiem czasu wspomnienia z Next Level przybierały na sile i na te chwilę nie mogę doczekać się przyszłorocznej edycji tego wydarzenia!

Poza tym wyeliminowano częste błędy zdarzajace się podczas organizacji tego typu eventów, innych nie udało się z kolei ominąć. Mimo tego zagraniczni goście chętnie przybyli na event i jak przyznał sam Hert, jest dumnym polakiem i uwielbia ten kraj, a to najlepsza promocja i podsumowanie tego wydarzenia. Tymczasem zapraszam Was do galerii!

Łapkujcie i zostawiajcie komentarze to dla mnie bardzo ważne. Podzielcie się swoimi wrażeniami z eventu.

« 2 z 10 »

O Maciej Maroszek

Autor. Grafik. Fotograf. Specjalista od marketingu. Dorabia jako prowokator na polskiej drift scenie. Człowiek z własną definicją drifingu. Cechuje go nieprzeciętne poczucie humoru, głupota oraz dystans do samego siebie. Pisze zanim pomyśli i choć mógłby mieć wymarzone MX-5, jeździ autobusem. Sprzedał Volvo kombi w automacie i jeszcze nie kupił nowego daily. Idiota.

Komentarze

5 kmentarzy do “#NEXT LEVEL 2018 – H O T B O I S

  1. Ja chce jeszcze raz event o takiej fajnej atmosferze z takimi ludźmi jak Hert,Oaktree Outlaws i inne <3

    Posted by piotrchoma | 29 sierpnia 2018, 22:01
  2. Świetna relacja! Małe niedopatrzenie się wkradło. PS13 stała na 17″ a nie 18″ TE37 🙂

    Posted by Karol.tezza_ftcln | 30 sierpnia 2018, 00:26
  3. Dziękuję Tobie za ten wpis! Nie mogłem być na Next Levelu a po tym co przeczytałem poczułem się jakbym dopiero wrócił z tamtego miejsca…. Turbo się jaram tymi wszystkimi blogami bo to też ogromna część tej mega zajawki którą poprzez Twój wpis mogę podzielić się z przyjaciółmi i wtajemniczyć znajomych w świat mega zglebionych stylowych furmanek które są całym naszym światem! Czuję ten vibe! Proszę Cię rób to dalej!!!

    Posted by Kacper Wakreski | 7 września 2018, 23:38
    • Bardzo miło słyszeć! Dziękuję!

      Spokojnie, nie zamierzam zwalniać. Druga sprawa, że 2k19 będzie rokiem drobnych zmian, które powinny wyjść temu miejscu na dobre. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

      Posted by Maciej Maroszek | 10 września 2018, 18:44

Dodaj komentarz

Maciej Maroszek

Maciej Maroszek

Autor. Grafik. Fotograf. Specjalista od marketingu. Dorabia jako prowokator na polskiej drift scenie. Człowiek z własną definicją drifingu. Cechuje go nieprzeciętne poczucie humoru, głupota oraz dystans do samego siebie. Pisze zanim pomyśli i choć mógłby mieć wymarzone MX-5, jeździ autobusem. Sprzedał Volvo kombi w automacie i jeszcze nie kupił nowego daily. Idiota.

Zobacz pełny profil →

Zaprenumeruj ten blog przez e-mail

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

%d bloggers like this: