//
you're reading...
10 rzeczy, NEXT LEVEL

NEXT LEVEL – Summer Drift Camp 2

Po niewątpliwie wielkim sukcesie pierwszego Summer Drift Camp, nikt nie przypuszczał, że jego druga odsłona może przebić pierwszą. W końcu kontynuacje choćby filmowych hitów zwykle są do bani. Było tak z każdą kolejną częścią Szybkich i Wściekłych, Ghost Rider-em, Szklaną Pułapką, Szczękami i im podobnymi. Mimo tego, SDC2 stoi w opozycji do tych przykładów, bowiem „dwójka” okazała się zdeklasować zeszłoroczną edycję! Dlaczego? Pozwólcie, że w kilku-nastu akapitach opowiem wam o tym, kto wypił najwięcej alkoholu? Dlaczego dość specyficzna odmiana curlingu nie doszła do skutku? Ile było a może zostało alkoholu w lodówce Arona? Czy E36 sedan może być dobrą hashkomorą? Oraz komu najbardziej zależało na jeździe w parach? Opowiem Wam również o Felicjanie, by w końcu streścić historię o najlepszym jak dotąd biwaku w dziejach! Tak więc zaczynamy!

Prrr!! ihaha – krzyknął do swego konia zmęczony jeździec… Hola hola – odpowiedział koń – zanim opowiem o tym, jak mocno nietrzeźwy byłem i przedstawię wszystkim nieobecnym Felicjana – prawdziwego gwiazdora tego eventu – musimy jednak w pierwszej kolejności cofnąć się o cały rok wstecz. Ciężko bowiem mówić o biwaku nie wspominając o Toruńskim Motoparku. Zaraz, czy ja właśnie napisałem o sobie w roli konia?

Pamiętna data 11-13 sierpnia 2017 utkwiła w pamięci polaków dość mocno. Wszystko z powodu zabójczych wiatrów – nie mylić z bąkami -, które przetoczyły się wówczas przez Polskę. Najwięcej szkód wichury zadały na Kaszubach… skąd z Oliwią przyjechaliśmy. Dokładniej jakieś 2h przed tym jak to wszystko się zaczęło. Prawdziwe szczęście w nieszczęściu. Nigdy nie zapomnę tego co działo się na niebie, a także deszczu i mocno osłabionego ale wciąż bardzo silnego wiatru, który dotarł z opóźnieniem do Torunia. Przypomnę, że zamiast spierdalać do samochodów staliśmy wtedy jak idioci i podziwialiśmy czerwone niebo pokryte prawdopodobnie największą ilością błyskawic jakie zobaczymy w życiu. No idioci.

Reszta osób zapamiętała tą datę w inny sposób. Właśnie w tym terminie odbył się wówczas pierwszy Summer Drift Camp, który został przeze mnie okrzyknięty najlepszym biwakiem na świecie! Oczywiście zdaje sobie sprawę, że być może na świecie ktoś kiedyś zorganizował lepszy biwak ale… w sumie jebać, nikt nigdy nie mógł zorganizować czegoś lepszego! Nie ma takiej pierdolonej opcji.

Co prawda, może nie wszyscy bawili się wtedy tak dobrze jak ja, bowiem jednym kurwiły skarpety, inni non stop leżeli pod – notorycznie psującymi się – driftcarami, a jeszcze inni spali w rurze – a nie, chwila… to akurat o mnie. Pomijam też tych na wiecznej bombie, w końcu nie mogę ich potępiać bo zaorał bym częściowo samego siebie.

Szczegółowe podsumowanie tamtego eventu możecie przeczytać tutaj. Co zapadło mi wówczas szczególnie w pamięci? Świetne pary Szesza, chore przejazdy Arona i ubojnia szmitka puszczana przez 24h. Aha! No i ten nieszczęśliwy wypadek Szesza, który odczuwa jego skutki po dziś. Bagiety wjeżdżające na tor minutę po 22:00. Po prostu całe spektrum wspomnień. Przechodząc do sedna sprawy, czyli opowieści o Summer Drift Camp 2… było to tak:

WPROWADZENIE

Zacznę od pewnego wyznania. Nie do końca pamiętam jak to było z tym całym Summer Drift Camp 2. Czy zostało one zapowiedziane wcześniej niż Next Level 2018? Później? Chyba wcześniej. Nie dam sobie nic uciąć. Zresztą chuj tam, i tak sobie nie przypomnę. Ogólnie to nie jedyna rzecz związana z tym eventem, której nie pamiętam XD Ale akurat nie to jest tutaj ważne, przejdę więc od razu do rzeczy.

Już od pierwszych wzmianek o tym evencie, wiedziałem, że tam będę. Nie mogłem przepuścić szansy na spotkanie się z wszystkimi driftingowymi ziomeczkami i opcji wypicia z nimi sporej ilości alkoholu naraz. Byłbym wówczas idiotą jak Ci, którzy świadomie opuścili ten event. Powinniście się wstydzić. Jako pokutę nakazuje Wam zrobić trzy kroki w tył, a następnie rozpędzić się i uderzyć z całym impetem bańką w ścianę. Nie zdajecie sobie sprawy, jak świetny event opuściliście! Nie wierzycie? To przeczytajcie podsumowanie eventu z mojej osobistej perspektywy.

 

Dzień pierwszy – Piątek

Moją historie z Summer Drift Camp rozpocząłem – podobnie jak w zeszłym roku – od otrzymania zaproszenia na zamknięte/tajne wydarzenie na FB od Janusza. Oho! Czas zacząć planowanie – pomyślałem. I tak na kilka tygodni przed wyjazdem, wspólnie z Oliwią rozpoczęliśmy kompletowanie biwakowego wyposażenia. Materac? Hmm nie wiem czy się zmieści. Śpiwory? Hmm może. Garnek? Tak! Koniecznie! Namiot? Bez sensu, a może jednak? Trwało to, aż do momentu wyjazdu. Gdy ten dzień nastał, w końcu mogłem odetchnąć z ulgą.

Piątek. Za chwile ma rozpocząć się moja podróż. Jest godzina 15:45. Chwile temu skończyłem kolejny raport marketingowy dla marki SEAT. W odróżnieniu od moich innych „wypraw” tym razem jednak wyruszę z Poznania w samotności. Nie mam już Volvo, a kolejnego auta jeszcze nie kupiłem… pojadę więc – w tą niezapomnianą podróż – Renault Megane I, które miało posłużyć nam (mnie i Oliwii) również jako miejsce do spania. Nie przewidziałem bowiem z Oliwią innego miejsca noclegowego jak np. namiot, hamak czy pokój w hotelu. Za wynajęcie tego ostatniego szybko zostałbym okrzyknięty pizdą, jednak nie miałem tego w planach. Megane-a musiała nam wystarczyć.

Wiem, że wspominając o Megane część z was pewnie puka się w głowę. I bardzo kurka dobrze, bo właśnie w tym momencie mogę podzielić Was na dwie kategorie czytelników. Tych którzy myślą sobie WTF jakie Renault Megane? O czym on ulicha pierdoli? Oraz tych, którzy zaczepiali mnie na evencie mówiąc „To jeszcze żyje!?”, „Pamiętam te czarną blaszkę. Szanuję.” Ci drudzy znają mnie o wiele dłużej i pamiętają, gdy na eventy driftingowe w +/- 2011 roku przyjeżdżałem właśnie tą samą Megane-ą, którą widzieliście na Toruniu.

Kawał mojej historii wiąże się z tym autem. I choć wiele można powiedzieć o tym modelu, to jak dotąd najbardziej niezawodne auto w moim domu. Zawiozło mnie niejednokrotnie na wakacje, wixy, czy nawet na zawody! Rundy DMP w całej Polsce? Nie ma sprawy. Pierwsza runda DM.GP w Gdańsku? Czemu nie. Eventy driftfamilii na Wyrazowie. Żaden problem. Dojechało zawsze i wszędzie bez żadnych problemów. Dodatkowo woziło mojego ojca codziennie przez 23 lata do pracy. Kochane auto. Bez podłogi, ale wciąż kochane. Z chmurą dymu pod obciążeniem, ale nadal najlepsze. I mimo tego, że oczy mojej wyobraźni już widzą ją na złomowisku, to nie wstydzę się przyznać, że zawdzięczam jej bardzo dużo i będę za nią cholernie tęsknił. Auto z historią. Taaa…

Wracając do naszej podróży. Tradycyjnie zamiast zrobić do Torunia 170km – jak wskazuje nawigacja – przejechałem 340 kilometrów i to nie dlatego, że jestem chujowym nawigatorem, bo jestem zajebistym nawigatorem, ale przez to, że jechałem najpierw pod Kościerzynę by zabrać ze sobą Oliwię. *Tu opowiadałbym co działo się po drodze na Kaszuby, ale nie mamy na to czasu*. Oliwia w samochodzie. Lustrzanki naładowane i spakowane. Nieco na około, ale z uśmiechem na twarzy i bańką oleju za siedzeniem wyruszamy w dość mało dynamiczną, ale wesołą podróż do toruńskiego motoparku.

Dotarliśmy parę minut przed północą. Szlaban otwarty – hura -, pozostało więc znalezienie odpowiedniego miejsca do „rozbicia się”. O 00:00 zgasiłem zaparkowane Renault obok czyjegoś namiotu. Nie byłem w 100% pewny kto znajduje się pod nim, postanowiłem, że najpierw pójdziemy obejrzeć furki w parku maszyn.

Dokładnie o 00:02 podbija do nas luba Arona – Daria, która trzymając drinka w ręku zaprasza nas do ich „namiotu”, a raczej wixostrefy. Tak… już wiem do kogo należy namiot obok Megany. Uświadamiam sobie też dwie inne rzeczy. Pierwsza, że na pewno się nie wyśpimy, a druga, że będziemy się za to świetnie bawić. Jako, że nie mieliśmy w rękach drinków – w końcu dopiero co wysiedliśmy z auta – Daria przekazała nam swojego drina i nakazała go pić. Nie było dyskusji. W tym momencie mogłem stwierdzić z całą pewnością okraszoną dozą entuzjazmu, że ten event będzie należał do tych niezapomnianych. Teraz wiem, że to co mówiłem to bzdura. Niezapomniany? Ta jasne… jednak trochę mi się zapomniało, o czym już pewnie wiecie. Szlag.

Wkrótce zaczęło padać, a mnie coraz mniej zaczynało to obchodzić. W dodatku stawałem się coraz bardziej uśmiechnięty z każdym kolejnym pochłanianym przeze mnie drinem na bazie Capitana Morgana, które serwował mi kierownik wixy – Aron. Nie wiedząc jak i kiedy, nagle znaleźliśmy się pod namiotem Yujin’ów gdzie klimat również utrzymywany był na bardzo wysokim poziomie, głównie z uwagi na wielką kolumnę, która nadawała „ton” tej imprezie i to dość dosłownie.

Jak to zwykle bywa w tego typu sytuacjach, rozpoczęły się poważne rozmowy, śmieszki i przypały z przerwami na rozlewanie kolejnych drinków. Razem poznaliśmy mnóstwo ludzi, których imion nawet nie pamiętam, wybaczcie. Wy mojego pewnie też nie pamiętaliście, ale to było wspaniałe. Przy okazji Marcin Bros, który miał mega fazę na latanie z maską na twarzy zdradził nam, że urodziły mu się właśnie bliźniaki! Kolejna okazja do picia! Jakby ich kurwa było mało tego weekendu.

To co działo się później… ciężko jest mi to opisać ale postaram się do tego wrócić przy którymś z punktów w dalszej części wpisu. My dzień zakończyliśmy o 4:30, kiedy to poszliśmy rozkładać fotele w Megane. Chwile później leżeliśmy już wygodnie i mogliśmy zasnąć…

Dzień drugi – Sobota

…by obudzić się chwile później. O 6:30. Ja pierdole. Zajebcie mnie. Ledwo żywy stwierdziłem, że to jeszcze nie moja pora i przewróciłem się na drugi bok. Nie trwało to jednak długo bo nagle usłyszałem Olę. MACIEJ CHCE BUŁKĘ! WSTAWAJ! CHCE BUŁKĘ! MACIEJ BUŁKA!!! PROOOSZĘ. Tak to mniej więcej zapamiętałem. Tylko zapętlone z 30x. Nawet gdybym chciał jechać po te bułkę jako dobry chłopak to nie mogę. Czuję, że w moich żyłach mam jakieś 3 promile krwi na resztę płynącego weń alkoholu, w dodatku mój organizm krzyczy do mnie „śpij kurwa!” ale jednocześnie słyszę BUŁKA!!! MACIEJ BUŁKA!!. No nie dam rady, no ni chujet… ale wiecie, jako zaradny chłopak – mmhm -, który wie, że głodna dziewczyna to najgorsza dziewczyna – mmhm -, zaproponowałem najlepsze co mogło mi przyjść wtedy do głowy – kawę i herbatę – BINGO!!. No co!?

Zgodziła się. Uff. Wyciągnąłem moją zajebistą turystyczną kuchenkę i garnek – ha! kurwa taki mądry jestem. Wiem, że zaraz odjebię najlepszą Arabicę w historii biwaków. Szkoda, że zabrałem garnek bez przykrywki przez co woda gotowała się dłużej niż ja pewnie napiszę ten wpis.

Gdy tak się już grzała na tym ogniu, po jakichś 30 minutach osiągnęła zadowalający poziom temperatury pokojowej i wszystko byłoby super, ale gaz w naboju stwierdził, że pierdoli interes i najzwyczajniej w świecie się skończył. Skończył się tak jak popek monster… swoją drogą po Kaliszu nadal chodzi jakiś Karol z pociętą mordą. Pizgam.

Z odsieczą podobnie jak w zeszłym roku przyszedł Ludwik, który potrzebował akurat garnka – co za zbieg okoliczności – bo chciał ugotować sobie jajka(?) Tzn. nie sobie, kurwa! Nie swoje. Dobra wiecie o co chodzi. Szybki deal, garnek za wrzątek i 15 minut później rozgrzewaliśmy się pijąc ciepłą herbatę w camperze Ludwika. Ja mogłem dalej słuchać o tym jaką to bułkę zjadłaby Oliwia, z tym że w bardziej komfortowych warunkach. Ugh… Zabierzcie mnie od niej!

Jedynym plusem był fakt, że rano temperatura okazała się nieco wyższa niż zapowiadane 6 stopni Celsjusza. Było tak tylko przez jakieś 2-3h, bo później zaczął wiać tak silny wiatr, że wszystko chuj strzelił. Przestało być ciepło, a zaczęło pizgać mrozem jak w powieściach R.R. Martina. Winter is coming powiedziałby Lord Dowódca Nocnej Straży, gdyby tylko upierdalał E36. Mieliśmy przecież dopiero wrzesień. Jednak zamiast debatować o temperaturze trzeba było czym prędzej udać się na szybki briefing dla kierowców.

Na briefingu, na którym tradycyjnie przywitano wszystkich kierowców rozpoczęło się upalanie. Jako, że nie wszyscy byli w stanie jeszcze prowadzić… Na tor wyjechała tylko garstka osób. Z początku mało kogo to zainteresowało. Zresztą tuż po przebudzeniu się i podniesieniu głowy z fotela, szło zauważyć, że bardzo duże grono osób chodzi z browarami albo nowym drinem. Wyznawcy zasady klin klinem jak to mówią, albo czym się strułeś tym się lecz mieli chyba całkiem dobre podejście do życia w tym temacie. Reszta za to najzwyczajniej w świecie spała.

Ja postanowiłem jednak nie iść tą drogą i zebrać się w sobie na tyle, by pstryknąć kilka zdjęć no i zaczęło się… Chciałbym powiedzieć picie, ale to nie była pora na alkoholizowanie się. Pstryknąłem więc kilka zdjęć. Wkrótce dołączyła do mnie Oliwia. Szybko stwierdziliśmy, że wszyscy potrzebują nieco czasu, żeby się wjeździć, dlatego wybraliśmy się do pobliskiej galerii na makaron. Tak wiem, przyszliście tu czytać o jeździe a nie o wpierdalaniu makaronu z krewetkami lub wołowiną. Jakby co nie warto, porcja o 1/3 mniejsza niż przed rokiem.

Zajęło nam to może z godzinę. Po powrocie zauważyliśmy, że jazda rozpoczęła się na serio. Liczba samochodów na torze wynosiła wielokrotność liczby aut na Autodromie Pszczółki podczas NEXT LEVEL 2018. Mówię oczywiście o ilości samochodów w jednym momencie na płycie toru. Z jednej strony brak tego typu ograniczeń jak na Pszczółkach to główna zaleta eventów na Motoparku Toruń, ale z drugiej strony też wada bo Toruń to raptem 3-4 zakręty i w przypadku gdy jedna osoba popełni błąd, robi się wówczas nieciekawie.

Początkowo szczególnie często widoczni byli kierowcy Pentla Squad, których po dziś dzień nie ogarniam. Jeszcze więcej czasu na torze spędzały pro-drift cary Yujijn-Aforti, których kierowcy na co dzień startują w Drift Open. O tych drugich napiszę jeszcze później. Zielik z kolei nie polubił się z banerami, ściągając je kilkukrotnie spoilerem. Ci bardziej kumaci szybko zauważyli nawiązanie do powieści tolkiena. Masz mój baner i mój spoiler… i moją ćwiartkę. Tak, Zielik pozostawił trochę swojego Lexusa na bandzie w Toruniu.

Wrażenie wywarł na mnie również albo nawet i przede wszystkim Kuba Santi, który co przejazd stawiał na szali swoje coupe E36 z m42b18 dojeżdżając coraz bliżej ściany. Było tak zarówno w dzień jak i w nocy. Chory pojeb. Na tym mógłbym zakończyć ten akapit, ale nie wyraziłbym wtedy poziomu zajebistości prowadzenia R4 przez tego człowieka.

Wyobraźcie więc sobie, rosyjską ruletkę. Możecie mieć jaja ze stali i w nią zagrać, jeśli będziecie mieli wielkiego farta, może nie umrzecie przy pierwszej próbie, może nawet i przy drugiej los okaże się dla Was łaskawy, w końcu jednak traficie na komorę z nabojem. TRACH i po was. Kuba za to przypomina kogoś, kto ma w dumie komorę z nabojem i gra w tę grę tańcząc jednocześnie macarenę. Nie znam nikogo kto umiałby tak dobrze w ruletkę, nawet udawaną. W sumie to nie znam nikogo, który by w nią grał ale to szczegół. Ważne, że Kuba jest pierdolonym bogiem kebaboruletki. Za każdym pieprzonym razem dojeżdżał i muskał ścianę. Za każdym razem! Po zmroku również! PRZECHUJ nie człowiek. Właśnie wstaję od biurka i kłaniam się aż po same kule. Wyglądałem jak idiota, ale serio zrobiłem to.

Przejdźmy jednak całe spektrum kierowców i przenieśmy się na drugą stronę szali, gdzie znajdziemy Miaty. Uwielbiam Miaty. Chcę jedną i zawsze mówiłem, że to najlepsze auta. Jakże się strasznie zawiodłem widząc z jakim trudem niektórzy kierowcy przejeżdżali sekwencję trzech zakrętów toruńskiego motoparku, spinując niemal za każdym razem. Sorry for this, ale serio bolały mnie oczy. Nie mniej jednak trzymam kciuki bo wolałbym cieszyć mordę, niż chodzić po skierowanie na badania wzroku.

Panowie i Panie jeździli tak aż do później nocy. Było to wprost nie do opisania. Z początku tylko słyszałem tylko dźwięk piłowanych M50 i M52, – a nawet M42 takiego jednego pojeba – by następnie dostrzec oślepiające światła reflektorów, zarys aut, iskry albo i nie i ropoczynała się zgadywanka, kto właśnie przejechał? Jeśli iskier było mnóstwo to najpewniej Kuba Santi. Z resztą nie było tak prosto. Działo się tak punktualnie do 22:00 kiedy to odwiedziły nas dwa radiowozy. Swoją drogą wszyscy byli już wtedy w parku maszyn zastanawiając się jaki drink by tu sobie nalać, tymczasem Polska Policja miała niezły burdel do ogarnięcia. Najpierw przyjechali bowiem nieoznakowani, by chwile później w tej samej sprawie zjawiła się oznakowana KIA. Policjanci okazali się dobrymi ziomeczkami i zainteresowali się kilkoma autami. Mówiąc zainteresowały mam na myśli prawdziwe zainteresowanie, a nie dopierdalanie się do modyfikacji.

Był to dopiero początek gorączki sobotniej nocy. Naprawdę gorączki bo Dawid potknął się o grill i rozsypał z dwa opakowania rozżarzonego brykietu na ziemię, „ogrzewając” przy tym wszystkich nieco mocniej niż by tego chcieli. W ogóle kurka, noc to temat na osobny artykuł. Już sam wieczór oznaczał wzmożoną liczbę drinków i rozmów, a te rozpoczęły się od tematów związanych z pracą. Chociaż nie, pamiętam jak siedzieliśmy z Sajmonem w T5’tce Arona i jeździliśmy palcem po mapach Google pokazując sobie rożne miejscówki i licytując się na jeziora w pobliżu miejsca zamieszkania. Jako, że mieszkam na nizinach bez stawów, musiałem posiłkować się Kaszubami – rodzinnym domem Oliwii.

Oczywiście wszystkie pozostałe rozmowy i inne aktywności jak np. nalewanie alkoholu do kubeczków, licytowanie się kto mieszka w gorszej miejscowości albo podkradanie łakoci odbywały się pod namiotem Arona. Bo gdzieżby indziej? Rozmowy choćby mocno życiowe, szybko wracały z powrotem na tematykę stricte motoryzacyjną, by następnie znów rozmawiać np. o jakości zdjęć, filmów czy nawet moich wpisów.

Był nawet moment na opowieściach Szesza o Olsztynie – przynajmniej do tego momentu byłem obecny. Jeśli chociaż część z tych opowieści rzeczywiście się wydarzyła – w sumie dlaczego miałyby nie (?) – to ja nie chce zbliżać się do tego miasta na bliżej niż 30 kilometrów.

Rozmowy w toku, alkohol polewamy, powoli zaczynam myśleć o tym, o czym nie powinienem – o spaniu. Powoli gubiłem omawiane wątki i ni z tego nizowego znalazłem się w parku maszyn, gdzie Gimbus, a później Szesz odkurwiali taniec felgi. Tak to sobie nazwałem. Bo jak nazwać dorosłych chłopów, którzy tańczą dziwne tańce w rytm uderzania młotkiem o rant felgi w celu jej wyprostowania oczywiście? Taniec połamaniec? Rimdance? Obiad u mnie w domu? Pojebane! Wiem! Sam tańczyłem! Później przeszedłem cały park maszyn jeszcze ze 12 razy, po czym wróciłem do namiotu Arona, by dalej w miłym towarzystwie spożywać duże ilości napojów wyskokowych. Było mnie wszędzie pełno.

W końcu poszedłem do kibla. TO WAŻNE! Kible na NEXT LEVEL to gruuuba historia, ale niezbyt interesująca więc pominę ją na rzecz jeszcze nudniejszej. Tak więc w końcu po całym dniu nic nie robienia, poszedłem do kibla znajdującego się w kontenerze sanitarnym, wszedłem do kabiny i zacząłem scrollować Facebooka – nadrabiając zaległości z całego dnia. W tym samym czasie Oliwia dostrzegła moją nieobecność i wszczęła mini-alarm. Dobra, chuja wszczęła, było jej na rękę, że mnie nie ma, ale stwierdziła, że tak dla niepoznaki pójdzie mnie niby poszukać. Cała wyprawa poszukiwawcza (nie było mnie może z 10 minut) rozpoczęła się od jej rozmowy z Aronem:

  • O: Maciej coś za długo w kiblu siedzi, pójdę zobaczyć co z nim?
  • A: To ja idę z Tobą.
  • O: Ok, to ja pójdę z Tobą.
  • A: Ale ja chce iść z Tobą.
  • O: To idziemy razem.

I ja tak sobie scrolluje ten Facebook, lajkuje, komentuje i nagle… Ni z tego nizowego słyszę pukanie do drzwi i głos Arona. Głos mówiący „krecik jest już chyba na skraju!”. CO SIĘ GURWA WŁAŚNIE ODJEBAŁO? Nie wnikając w temat, tylko szybko podciągnąłem spodnie i wypierdoliłem z WC jak poparzony. Stwierdziłem, że serio przyszedł czas na spanie. Zegarek wskazywał właśnie, że 4:00 była jakąś godzinę temu. O chuj. Spanko.

Dzień trzeci – Niedziela

Choćby skały srały nie wstanę o 6:30. I wiecie co? Nie wstałem. Takie zaskoczenie. Oliwia obudziła się o 8:30 i stwierdziła, że da mi jeszcze godzinę… godzinę rozumiecie!? Dobra z niej kobieta przyznacie. Później znów zaczęło się piekło. Tego dnia o dziwo możliwość dospania jeszcze kilkudziesięciu minut była dla mnie zbawieniem. Przynajmniej tak mi się wówczas wydawało.

Po faktycznym rozbudzeniu zauważyłem, że 5 metrów od nas rozstawił się foodtruck! Wygryw życia! Co może być lepszego niż burgerki i Aron obok? No może… Ale dobra, koniec gdybania, czas wstawania!

Szybko po wyjściu z auta zacząłem odczuwać zmęczenie, dlatego wypiłem herbatę dzięki uprzejmości Dagmary i Ludwika, po czym już chciałem udać się na briefing, ale zamiast tego poszedłem dalej spać do Megane-y.

Dobrze zrobiłem, bo okazało się, że jazda zostaje wstrzymana do momentu, aż wszyscy odbiorą swoje zużyte opony z wulkanizacji. Czyli w sumie mogliśmy jechać do domu – pomyślałem -, bo nigdy to nie nastąpi. W między czasie Oliwia wykorzystała okazję tego, że śpię w aucie, informując moich znajomych, żeby się nie zbliżali do uchylonej szyby w Renault. Kiedy ja właśnie kładłem się na drugi bok – Oliwia rozpowiadała wszystkim, że mam tam napierdziane i śmierdzi. Co jest wierutnym kłamstwem i pomówieniem! A ewentualny smród pozostawiła po sobie Ola. O!

Po czasie spędzonym na regeneracji sił, nastała pora na zrobienie kilku kolejnych zdjęć. Aha i na zjedzenie burgerka, którego nawet nie udało mi się zamówić bo… a zresztą dowiecie się tego później. Przerwa trwała chyba do 12:30 kiedy to opony zostały w miarę uprzątnięte – nikt się do tego nie garnął bo wszyscy byli ledwo żywi – i mogła rozpocząć się jazda.

Ruszyli! Pierwsze auta wyjechały na tor, całe Aforti z charakterystycznym stylem jazdy Zakrziego, który naprawdę jeździł tego dnia jak opętany. Oczywiście nie jeździł w pojedynkę, ale też próbował przyklejać się do każdego! Również do słabszych aut jak np. 323ti Romana.

Team Cute obecny niemal w pełni również prezentował równy, wysoki poziom. Brakowało mi co prawda Miaty – bo wiecie, lubię ją – Miate Jimmiego – ale co mogłem na to poradzić? Nic! Jakub „Musk” Tatara z kolei na zmianę z Igą upalał E36, którym swoją drogą kilkukrotnie wyprzedzał w zakręcie Janusza, Michała i innych jadąc mniejszym kątem i nieco inną linią… W sumie wyglądało to trochę jakby miał trzykrotnie więcej mocy.

Po kilku godzinach upalania zarządzono przerwę, podczas której o 15:30 odbył się kolejny briefing i rozdanie wyróżnień dla najbardziej charakterystycznych kierowców tego eventu. Oprócz nagród wszyscy kierowcy otrzymali pamiątkowe dyplomy, co jest już standardem na tej imprezie.

Po tej krótkiej przerwie, auta znów wyjechały na tor, Oliwia polewała dziewczynom kolejnego drinka, a ja stwierdziłem że zrobię jeszcze parę zdjęć. W końcu wróciłem do namiotu Arona, który razem z Sajmonem i dziewczynami złożyliśmy, po czym wszyscy spakowali się do swoich aut i na lawety. Chwila na pożegnania i ruszamy w podróż powrotną. Tyle. Tak zakończył się nasz pobyt na Summer Drift Camp.

Tradycyjnie wyróżnię kilka nic nieznaczących punktów, w których zawrę kilka luźnych myśli na temat tego co się działo. Jako, że wpis ma charakter backstage’owy, punkty również takie będą. Zaczynamy!

1. Hashkomora pępkowe i amnezja

Piątek zdecydowanie był dniem alkoholu i innych używek. Zdecydowanie ta noc należała do Marcina Brosa, który zorganizował sobie przypadkowo mini pępkowe, bowiem urodziły mu się bliźniaki – chuj wie czy to prawda, ale mówił wiarygodnie. Tak naprawdę byle jaka okazja do picia była dobra. A w takim przypadku to już w ogóle! Podwójne szczęście, podwójna radość, podwójna ilość alkoholu itp. Dlatego też Marcin trochę odpłynął… a to co działo się piątkowej nocy powinno pozostać toruńską tajemnicą.

Powiem tylko, że hashkomora w E36 nawet takim bez progów jest wystarczająco szczelna, żeby kilka osób mogło zakończyć ten dzień na dobre. A skoro już jesteśmy przy kończeniu tego dnia to…

…ktoś nawet tej nocy, wracając – jak mniemam – do siebie najebany jak szpadel wyrwał i zwalił wszystkie namioty po drodze. Srać w namioty, ale temperatura powietrza przypominała te na Alasce więc, żeby ziomeczek leżąc tak ryjem do ziemi nie zamarzł, ktoś postanowił mu pomóc. Nie widziałem tego osobiście, ale ktoś był na tyle mądry, że wziął w rękę materac, rzucił nim w tego typa i tak już zostało… do rana. Pewnie ten kto rzucał mu materac krzyknął coś w stylu „masz ziomeczku, będzie Ci cieplej”. To musiało być mega przemyślane, takie rzucenie na „nieprzytomnego” człowieka materacem.

2. Najgrubsze wixy tylko przy T5’tce Arona!

Gdy dotarliśmy na miejsce nie do końca byłem pewny kogo tak w zasadzie się odbijam. Widziałem tylko, że jest tam już dobra wixa. Stoi T5 z rozstawionym namiotem, który przylegał do zaparkowanego auta. Pod nim znalazłem stolik, kilka krzesełek i… Arona wraz z osobami z różnych nazwijmy to „teamów”. Aron nawet specjalnie na tą okazję kupił nową lodówkę z zamrażarką. Tak, nową pełnoprawną lodówkę, tyle tylko, że w wydaniu zmniejszonym o jakieś 40-50%. Jak pewnie się domyślacie, próżno było szukać w niej jajek i masła. Aron zadbał jednak o zapas Capitana Morgana i popite.

Kilka godzin później dotarł wyczekiwany Roman, również T5-tką. Jego auto ustawiono równolegle do T5 Arona, co pozwoliło zamknąć namiot i stworzyć wspaniałą biwakowo-wixiarską atmosferę. Stolica wixy była przygotowana na wszystko, no może poza silnym i zacinającym deszczem, ale od czego są T5’tki?

Osobiście te dwa auta z namiotem pomiędzy, były dla mnie swoistą stolicą tego wydarzenia. Przepływały przez nie wszystkie informacje, alkohol, ludzie oraz ciepło z rozpalonego grilla. Poznałem tam wiele osób, których imion nie pamiętam, dowiedziałem się tam wielu ciekawych informacji i uzyskałem kilka nic nieznaczących porad. Ale było miło!

3. Więcej eventów, więcej osób, więcej namiotów i więcej aut

Mieszkam w Polsce już prawie 27 lat. Przez ostatnie 17 pasjonuje się autami z importu. Nie od grubasa z Niemiec, a z Japonii. Mój starszy kuzyn mieszkający w domu obok wprowadził mnie do motoryzacyjnego świata. W zasadzie weszliśmy do niego w tym samym momencie, rozpoczynając swą motoryzacyjną podróż od pierwszych części Need For Speed’ów, choć ja miałem jakiś epizod w wieku trzech lat na Atari ojca, które swoją drogą też było Japońskie. Dla mnie skończyło się to chyba dobrze, on skończył jako Policjant. Sami oceńcie kto ma lepiej.

Przez te wszystkie lata obserwowałem rozwój naszej sceny driftingowej. Zdobywające popularność eventy i serie driftingowe. SSSuper Drift Cup, raczkowanie Drift Open czy Driftingowych Mistrzostw Polski kojarzę dość dobrze. Jedne z nich cieszyły się większym zainteresowaniem, inne mniejszym, a część z nich w ogóle zwinęła swe manatki. W pewnym momencie scena rozdzieliła się na profesjonalne driftcary i te, które pro zawodnicy nazywają „amatorskimi” a ja „najlepszymi” – bo dostępnymi dla wszystkich.

W chwili obecnej mamy do wyboru kilka eventów, a nawet serii eventów dedykowanych dla tej bardziej stylowej strony sceny. Powiem Wam, że z mojego punktu widzenia, cholernie ciężko jest określić klimat tych imprez i wskazać różnice między nimi. Każda ma swoje zalety i wady, każda ma jakąś wartość dodaną. Mimo to, zdarza się, że pro drifterzy biorą udział w eventach skierowanych do stylowych drifterów i odwrtonie.

Ci drudzy równie sporadycznie pojawiają się np. na Drift Open, tutaj przykład Muska z minionego weekendu, który E36 zakwalifikował się na 19 miejscu z dorobkiem 87,5 pkt, by finalnie awansować do TOP16. Oczywiście to TOP16 fartem ale jak mawiał klasyg „winning is winning”. Z tego co wiem Kuba Santi zamierza w przyszłym roku również wziąć udział w jednej z rund DO, co tylko podkręca atmosferę. Boję się tylko, że za chwile zrobi się z tego moda i więcej osób będzie chciało wystartować, a to już w żadnym wypadku nie będzie fajne.

Tak rozważam nad tymi zawodami, luźnymi eventami i ich rosnącą liczbą i wiecie co? Obserwowanie jak ta luźna strona sceny się rozrasta sprawia, że sam mam ochotę być jej częścią. Bardziej. Precyzyjniej rzecz ujmując – jako kierowca oczywiście. W tym momencie daję sobie deadline do końca sezonu 2022 r. Get drift or die tryin czyli albo zobaczycie mnie wtedy na jakimś torze we własnej furce (choćbym miał zrobić pół kółka przez cały event) albo… no wiecie. Nie przeczytacie sobie więcej spóźnionych wpisów na driftinsider.

4. Spanie w aucie / hotelu / namiocie

Spaliście kiedyś w namiocie, gdy termometry na dworze wskazywały 8 stopni celsjusza? Jeśli odpowiedzieliście na to pytanie twierdząco, przyznam że musicie być zdrowo popierdoleni. Już sama myśl o tym, że będę spał w aucie przy takiej temperaturze zewnętrznej przyprawiała mnie o dreszcze. Czułem się jak pierdolony alpinista tuż przed wejściem na Mount Everest. A przecież miałem gruby dach nad głową, dość sporą ilość metalu i szkła w okół siebie – no może poza podłogą – , które oddzielały mnie od niekorzystnych warunków atmosferycznych. Mimo to, czułem się nieswojo.

Przespałem tak dwie noce i wiecie co? Było całkiem spoko! I nie potrzebujecie do tego kombi, zwykły hatchback również zapewni Wam komfortowe spanie dla dwóch osób, o ile tylko będziecie pamiętali o zabraniu śpiworów, koca i jakiejś kołdry, która zmiękczy wam podłoże. Jestem skłonny powiedzieć, że mógłbym spać w taki sposób częściej. Przypominam też, że spanie w hotelu jest gejowe! Dobra kończę ten nic nie wnoszący do tematu punkt XD

5. Felicjan najlepszy ziomek absolutnie wszystkich!

By rozpocząć kolejny! W dodatku rozpocznę go pytaniem. Znacie Felicjana? Jeśli byliście na evencie to z pewnością go pamiętacie. To przesłodki pies należący do Dagmary, który rozweselał i pobudzał największych przegranych batalii z alkoholem tego weekendu. Zamulałeś? Felicjan zjawiał się znikąd byś się nim zajął. Byłeś mocno pijany? Felkowi to nie przeszkadzało. Byłeś zajęty? Felicjan Cię od tego odciągnie. Ale i to ciągłe bieganie mogło zmęczyć małego psiaka, który co parę godzin wracał na odpoczynek do campera, którym przyjechał Ludwik z Dagmarą i resztą ekipy.

Niestety nie polubił zostawania w samotności więc, gdy tylko ktoś wychodził i zostawiał go samego, ten szybko biegł do okna i próbował się przez nie „przebić”, szukając swojej Pani albo wixy. Who knows? Słodziak. Oliwia nawet poczęstowała go kiełbasą, ale ponoć nie zniósł tego zbyt dobrze. Szkoda. W każdym bądź razie propsuje motyw biegającego i merdającego ogonem psa na evencie. Ot tak sobie!

6. Raz z zderzakiem, a raz bez czyli crashe / agro / awarie i takie tam

Ostre napierdalanie driftcarem wiąże się w pewnym stopniu z jakimś stresem. A to czy coś się nie spierdoli, czy nikt we mnie nie wjedzie, czy ja w coś nie wjadę i takie tam pierdoły. Chyba, że jeździsz E36, wtedy wszystko Ci jedno i możesz ukurwiać do woli, nie wiedząc o czym piszę.

Najczęstszym skutkiem takiego stresu są błędy, które kończą się zwykle na spinie lub bliskim kontakcie z przeszkodą lub innym autem. Tak, dokładnie. Chcę przejść teraz do crashy. Było ich kilka, na szczęście nie tak poważne dla zdrowia kierowców jak w zeszłym roku.

I tak na przykład najpoważniejszy crash zdarzył się już pierwszego dnia upalania tj. w sobotę. Trafiło na Pentla Squad. Coś nie mają chłopaki szczęścia w tym sezonie. Dominik napadając zbyt agresywnie na ścianę wyspinował, za nim Horecki ratując się zrobił to samo, by nie wjechać w kumpla i mamy proszę państwa standardową sytuację. Otóż nadlatujący Jurecki z GzN wpadł na Horeckiego – bo jakżeby inaczej w tej sytuacji – ładując mu się ćwiartką w przód. U Jureckiego skończyło się to tylko na połamanym zawiasie, jednak dla Horeckiego, no cóż… przestawiony przód łącznie z silnikiem i kielichem.

Z innych crashy było parę spinów, E28 wbite w bandę, compact Romana w polu czy Miaty zwiedzające pola – ale to akurat uznałbym za standard w przypadku tego eventu. To nie wszystkie poważne crashe, ale przynajmniej część tych, które widziałem.

TOFUPOWER też nie miało szczęścia, ale mnie o szczegóły nie pytajcie. Spałem, piłem, jadłem, nie wiem. Co do awarii, nie było chyba czegoś z czym kierowcy by sobie nie poradzili… no dobra było kilka wyjątków.

7. Głupie pomysły pojawiają się po północy – Miata curling

Miata od czasu jej powstania była autem transpłciowym. Zanim przejdę do sedna sprawy chciałbym Was o coś zapytać. Znacie Skajtera? No właśnie. Ja też nie. To ponoć człowiek, który nie ma grama rozsądku przez co robi same pojebane rzeczy. Po tym co widziałem tego weekendu, jestem skłonny w to uwierzyć. To krótkie przedstawienie nie jest bezcelowe, bo właśnie piątkowej nocy pojawił się pomysł Miata Curlingu.

Wiecie co to curling prawda? Dla tych którzy nie wiedzą, powiem tylko, że w oryginale jeden typ rzuca czymś na kształt żelazka po tafli lodu, a jego ziomki zamiatają to lodowisko tak by siła tarcia była jak najmniejsza a krążek doleciał daleko do wyznaczonego celu. W Miata Curlingu miało chodzić o coś podobnego. Pchasz Miatę do pewnego momentu po czym puszczasz ją i zobaczysz jak daleko sama zajedzie. Następnie puszczasz kolejną Miatę mając nadzieję, że ta druga nie wjedzie w pierwszą, oczywiście bez kierowcy w środku, choć jeszcze trwają ustalenia.

Wspaniały pomysł nie!? Przejebanie dobry. Wyobraźcie sobie, że najmniej odpowiedzialna osoba na tym evencie stwierdziła, że to nie rozsądne grać w Miata Curling i że on (Skajter) nie będzie brał w tym udziału. No bez sensu. Tylko on mógł to zapoczątkować… Niestety.

9. Pentla Squad – team o którym jeszcze niejednokrotnie usłyszysz

Pentla Squad pewnie ich nie znacie, ja w sumie też nie ale mam ochotę poznać bo to takie ziomeczki, które po pierwsze mają skilla, całkiem ciekawe samochody – jak na E36 – w dodatku czują klimat i mają jedną wielką zaletę! Minibarek/stołek z wyciętym napisem PentlaSquad, który bodajże jest podświetlany(?) – czaicie to?! Rigcz! Toż to lepsze od koguta na dachu E36 Arona. Chcę tak.

Poza tym jakże ciekawym meblem, chłopaki posiadają prawie zawsze zapas alkoholu, grilla otwartego dla wszystkich i w chuuuuj części do E36. Taką sobie mobilną hurtownie zrobili, z której zresztą nikt nie ma oporów korzystać, a Panowie chętnie udostępniają zabrane ze sobą części. Takich ludzi potrzebujemy! Znasz Pentla Squad? Nie bardzo. Rozwaliłeś wahacz? Dzwonisz do sklepu? Nie. Idziesz do Pentli. Potrzebujesz chłodnice? Idziesz do Pentli. Chcesz pojeździć pary? Idziesz do Pentli. Chcesz pójść do najlepszej wixiarni? Idziesz do Arona.

Gdyby tylko mieli więcej szczęścia… Jeden poważny crash na NEXT LEVEL 2018 i kolejny na Summer Drift Camp 2, coś pechowo wypada ten NL dla ekipy z… kurwa no właśnie, przypał trochę bo nawet nie wiem skąd jest ta ekipa. Jak się w końcu dowiem to może ich kiedyś odwiedzę i napiszę jakiś wpis? Who knows?

10. Niektórzy okazali się być lepszymi w byciu najgorszymi albo gorsi w byciu najlepszymi …zaraz, co?!

Uuuaa. Wspomniałem gdzieś wcześniej o nagrodach, jeśli nie to miałem wspomnieć i żeby nie być gołosłownym właśnie to robię. Wyróżnienia NEXT LEVEL to już standardowy punkt w harmonogramie eventów tej ekipy. Tak więc nie mogło ich zabraknąć również tutaj. Doszły nowe twarze oraz nowe kategorie.

I gdy kolejne wyczytywane osoby podchodziły odebrać swoje wyróżnienie, ja w swojej głowie myślałem tylko o tym, że zaraz chuj wie skąd pojawi się Ryś i wypuści gołębie. Serio! Tak się jednak nie stało. Szkoda.

Pierwsze wyróżnienie Terenoznawca. Otrzymał je nikt inny jak tylko Skajter, zaliczający swoją Miatą NB każde możliwe pobocze tego dnia. Jeśli ktoś go nie znał tak jak ja, wystarczyło że zobaczył go odbierającego nagrodę. Człowiek upierdolony ziemią i piachem od stóp do głów to prawdziwy terenoznawca. Nie można z tym handlować.

Wartownik przypadł właścicielowi AE86 i nie mówię tu o Szeszu, bo jego AE nie dojechało na ten event, a o drugim hachiroku, które ponoć zapłaciło wpisowe, ale nie jeździło. Nie wiedziałem nawet, że to auto miało upalać, to też tym bardziej byłem zdziwiony wyróżnieniem.

Przyjaciel ściany od zawsze był zarezerwowany dla Arona. Tym razem jednak to Zielik otrzymał to wyróżnienie. Zasłużenie? Zdania były podzielone. Jednak nikt tak jak on nie ściągał banerów z toru. I choć ze spoilera zostały trociny, czy raczej włókna to trzeba przyznać, że ściany dojeżdżał zawodowo. Dla mnie osobiście jednak ten tytuł należał się bardziej Kubie z M42B18.

Wyróżnienie dla najlepszego goniącego – Tropiciel śladów – otrzymał Zakrzi, który mocno cisnął tego weekendu swojego Soarera, przygotowując się poniekąd do finałów Drift Open. Nagroda w pełni zasłużona, bo mimo świetnych przejazdów Szesza w roli goniącego, który dojeżdżał chłopaków z Pentli w taki sposób, że doskrobywał się felgą do szpachli na ich E36, to jednak Zakrzi w dojeżdżaniu był lepszy i bardziej widowiskowy.

Ostatnią kategorią był Mistrz harców. Chyba nie muszę mówić kto ją otrzymał. Tak. Oczywiście. Aron. Ta nagroda chyba nie wymaga komentarza. Szczególnie widok Arona trzymającego ręką maskę, która otworzyła się podczas jazdy to coś, co ciężko będzie zapomnieć. Wyglądał wtedy trochę jak Tom Cruise trzymający się jedną ręką płozy śmigłowca, a drugą ratując Cameron Diaz z opałów. Hollywood czeka. Chciałbym jednak zaznaczyć, że po raz kolejny auto zbudowane przez Husaria Customs, okazało się bezproblemowe, a Aron mógł cieszyć się jazdą, choć jak sam przyznał tęskni za czasami, gdzie mógł nie brać lawety i jechać poupalać autem na kołach.

 

Podsumowanie

Długo myślałem jak podsumować ten event. Wymyśliłem. Wiecie jaka jest największa zaleta NEXT LEVEL? To że będąc na ich eventach nie musicie nikomu tłumaczyć dlaczego duże japońskie sedany są zajebiste. Dlaczego obniżone furki ze spasami wyglądają dobrze, oraz dlaczego jesteście pijani. Spotykacie się z ludźmi którzy myślą dokładnie tak jak Wy, bo są waszymi ziomkami, albo już za chwile się nimi staną.

Nie byłem jeszcze na evencie, który by bardziej intergrował całą grassrootową scenę tak jak zrobił to Summer Drift Camp 1 i 2. Nic więc dziwnego, że perspektywa kolejnego zamkniętego eventu – na zaproszenie – z „Summer Drift CAMP” w nazwie wzbudzała taką ekscytację u wszystkich z którymi rozmawiałem kilka tygodni przed wydarzeniem. Sam event zaliczam do jednych z najlepszych wyjazdów na jaki kiedykolwiek się zdecydowałem i mam nadzieję, że będę miał możliwość wrócić tam również w przyszłym roku!

Rekomenduje ten event podpisując się pod nim wszystkimi członkami. Tak. Tym też. Polecam, uwielbiam i podpisuję się pod wszystkim… no może poza papierami o kredyt hipoteczny. Auuu!

Mam nadzieję, że chłopaki które pogubiły klucze, półosie a nawet cały dyfer już go znalazły, albo pogodziły się z ich stratą. Kurwa jak można zgubić dyfer? Chuj w to. Do zobka.

P.S. Tak zabrakło punktu 8. ale pewnie nawet tego nie zauważyłeś.

P.S.2. Wpis z SeduceD pojawi się do końca roku… nie wiem którego, ale będzie.

« 2 z 8 »

 

O Maciej Maroszek

Autor. Grafik. Fotograf. Specjalista od marketingu. Dorabia jako prowokator na polskiej drift scenie. Człowiek z własną definicją drifingu. Cechuje go nieprzeciętne poczucie humoru, głupota oraz dystans do samego siebie. Pisze zanim pomyśli i choć mógłby mieć wymarzone MX-5, jeździ autobusem. Sprzedał Volvo kombi w automacie i jeszcze nie kupił nowego daily. Idiota.

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komantarza.

Dodaj komentarz

Maciej Maroszek

Maciej Maroszek

Autor. Grafik. Fotograf. Specjalista od marketingu. Dorabia jako prowokator na polskiej drift scenie. Człowiek z własną definicją drifingu. Cechuje go nieprzeciętne poczucie humoru, głupota oraz dystans do samego siebie. Pisze zanim pomyśli i choć mógłby mieć wymarzone MX-5, jeździ autobusem. Sprzedał Volvo kombi w automacie i jeszcze nie kupił nowego daily. Idiota.

Zobacz pełny profil →

Zaprenumeruj ten blog przez e-mail

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

%d bloggers like this: