//
you're reading...
offstyle

Odnotowałem poprawę stylu w polskim driftingu.

IMG_1750

Ostatniego sylwestra, w którym większość z Was siedziała w fotelach i rozkoszowała się alkoholem wraz ze znajomymi, oglądając „Sylwester z dwójką”, bądź balowała na imprezach, ja siedziałem w wygodnym fotelu i śmiałem się do telefonu, na którym obserwowałem reakcje czytelników na mój ostatni felieton. 

Nosił on nazwę „W poszukiwaniu stylu i finezji.” – przyznacie, że uroczo. Wyczekiwałem burzy, jednak to czego byłem świadkiem przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Przyrównałbym to do tsunami połączonego z wybuchem elektrowni atomowej w Czarnobylu oraz eksplozji bomby atomowej zrzuconej na Hiroszime z jednoczesnymi zaburzeniami nastroju nastoletniej dziewczyny, która właśnie przed chwilą dostała okres. Tak było.

Po przeczytaniu kilku komentarzy, w których oburzeni czytelnicy w tym także sami zawodnicy, których nota bene nie atakowałem, dokonując wyłącznie oceny wyglądu ich drift carów, zmieszali mnie z błotem, przyrównując do najgorszych. O co ten hałas, o ten krótki tekst, który dosadnie i prześmiewczo zobrazował obecną sytuację w polskim driftingu? Jak myślicie co zrobiłem w ten sylwestrowy wieczór, w który korzystając z okazji, siedząc z rodziną i przyjaciółmi, zobaczyłem za pośrednictwem telefonu reakcje oburzonych ludzi? Powinienem chyba załamać się i zacząć płakać, tego pewnie oczekiwaliby internetowi napinacze, którzy w 95% nie potrafili prawidłowo uargumentować obelg posłanych w moją stronę. Zrobiłem jednak coś zgoła innego.

Kończąc niedopitego drinka, stwierdziłem, że niestety w tym kraju nikt nie potrafi odebrać konstruktywnej krytyki, a tylko potrafią stać za taką tarczą, że wiesz „haterzy”. Bronią się wykrzykując, że haterzy i haterzy, każda krytyka, ale nie można sobie tak ułatwiać życia. Mówią także, że zazdrościmy bo nie mamy pieniędzy co jest absolutną bzdurą bo z całym szacunkiem, nikomu nie zazdrościmy E30 z wlotem na dachu, wiadrem i V8, na prawdę. To spowodowało, że pozostało mi tylko jedno. Chwyciłem za butelkę i nalałem sobie następnego drinka, po czym siedząc w świetnym towarzystwie, spędziłem resztę sylwestrowej nocy nie spoglądając już w telefon.

Z obojętnymi uczuciami i niezbyt wielkim entuzjazmem kilka dni później zalogowałem się na facebook, gdzie na jednej z grup trwała zagorzała dyskusja na temat stylu w polskim driftingu. Postanowiłem nie zabierać w niej głosu, długo jednak nie wytrzymałem. Lekki, prześmiewczy tekst został odebrany jako największą obrazę w życiu tych osób. O ile felieton oraz działania podejmowane przez inne osoby mające podobne poglądy, nie miały na celu obrażania nikogo personalnie, a jedynie przedstawienia naszych poglądów na temat stylu, w nieco prześmiewczy i może trochę dosadny sposób, o tyle miał wywołać dyskusję, tam gdzie do tej pory w ogóle jej nie było. W odpowiedzi otrzymaliśmy wspomniane już hatepage, które próbują dyskredytować naszą społeczność nazywając nas gimnazjalistami… pokuszę się o statystyki, które mówią same za siebie:

qfqn8

Swoją drogą, nie minęło wiele czasu, gdy z pomocą zaprzyjaźnionych mi osób, zdemaskowaliśmy osoby prowadzące hatepage, na których obrażano nas personalnie tzn. z imienia i nazwiska. Przez wzgląd, iż mimo wszystko nie zależy mi na zaszkodzeniu tym osobom, nie ujawnię ich tożsamości. No dobra, jedną z nich jest Brixu ale to już przecież wszyscy wiedzą.

Warto zauważyć, iż jako osoba średnio kojarzona w driftingowym światku -mogę się mylić- w jednym momencie znalazłem się na językach wszystkich. Zaczęto zarzucać mi uznawanie się za eksperta podczas gdy przedstawiłem wyłącznie moje osobiste, subiektywne zdanie. Chcąc nie chcąc, felieton przyniósł zamierzony skutek, mnóstwo negatywnych komentarzy i zarazem pewna grupa pozytywnych, w ostatecznym rozrachunku sprawiła, że ludzie zwrócili uwagę na to co piszę, poczułem się doceniony za co szczerze dziękuję.

Mimo wszystko, nadal nie rozumiem dlaczego ludzie nie wzorują się na wschodnich bądź zachodnich wzorcach, pomijając oczywiście nasz kontynent, który nie jest w moim odczuciu najlepszym ani nawet dobrym czy przeciętnym wzorcem do naśladowania przynajmniej w tematyce driftingowego stylu.

Nie ma nic złego w naśladowaniu innych i inspirowaniu się nimi. Pomyślmy jak wyglądała by sztuka, gdyby słynni już dziś malarze, nie wzorowali się na dziełach ówczesnych „maestro” władania kolorowym pędzlem po kawałku płótna.

Oczywiście od każdej reguły są wyjątki, tak też jest i w tym wypadku. Z drugiej strony jednak, nie bronię nikomu zbudowania drift caru według własnych upodobań, powiem nawet więcej, nikogo przez to nie wyzwę od najgorszych, pragnę jednak zaznaczyć, że mam prawo, tak samo jak każdy inny do wyrażenia swojego zdania.

Własne zdanie hmm… każdy je ma ale nie każdy zgadza się ze zdaniem innych. Śmiało można to nazwać głównym czynnikiem doprowadzającym do nieporozumień, które uniemożliwiają prowadzenie konstruktywnych rozmów np. o wzorcach. Zamiast zrozumienia, stajemy się uczestnikami kłótni, które są spowodowane przez niewłaściwy odbiór każdej z wypowiedzi i uznawanie ich jako personalny atak. Można więc dojść do wniosku, iż argumenty za i przeciw stylowym drift carom są jednakowo głupie.

Z jednej strony mamy pewien procent osób z grupy, uznawanych za pełnoprawnych drifterów i ich fanów oraz znajomych, którzy twierdzą, iż wysoki driftowóz z brzydkim poszerzeniem nie przeszkadza w pokonywaniu wyznaczonej trasy bokiem, -to prawda- przy czym jest to równie atrakcyjne jak gdyby robić to jakimkolwiek innym drift carem, -a to już nie- przy tym wyzywają wszystkich, którzy uważają to za mało atrakcyjne.

Z drugiej strony mamy Unię Stylowego Driftingu, która pokazuje nam, że autem na glebie można jeździć bokiem, przy czym nie jest to bardziej niebezpieczne od rekreacyjnej jazdy na rowerze bez kasku, na nieuczęszczanej ścieżce rowerowej w czasie letnich, ciepłych wieczórów.

To wszystko wydaje się jednak nieistotne. Żadna ze stron nie przekona w stu procentach drugiej, bo fakty są takie, iż w dzisiejszych czasach, przy uwzględnieniu obecnego rozwoju driftingu, a także pokolenia pewnej części drifterów, zmiana stylu polskich drift carów wydaje się niemal niemożliwa. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest m.in. trudność z  poprawnym odbiorem argumentów i prowadzeniu konstruktywnej konwersacji, co przekłada się na brak zrozumienia obu stron.

Do problemu ze stylem i jego właściwej roli w driftingu, dołącza także, poruszany już niegdyś przeze mnie temat o wyścigu zbrojeń w jaki wdali się drifterzy z całego świata. Swoją drogą, zawsze chciałem mieć mocny drift car, ale dziś nie jestem pewien, czy byłby to dobry pomysł. Wygląda na to, że zbudowanie takiego auta, w naszym kraju, które będzie równocześnie stylowe, używając do tego celu BMW E30, jest równie prawdopodobne, jak pójście do łóżka z nowo zapoznaną w pubie dziewczyną, oferując jej do picia kompot z śliwek. Jeśli jesteś wysokim, przystojnym a w dodatku opalonym brunetem z pełnym portfelem, być może Ci się to uda (i najczęściej się udaje) w przeciwnym wypadku, -a tak jest w przeważającej większości- pozostaniesz sam zastanawiając się co zrobić ze swoim mniejszym przyjacielem, po czym idziesz po linii najniższego oporu.

Nie zrozumcie mnie źle, ja naprawdę rozumiem ideologię zwiększania mocy, jednak nie do końca się z nią zgadzam. Jeśli mówimy o randze mistrzostw Polski, Europy, Nowej Zelandii etc. ok, zgodzę się, być może przyciągnie to dodatkowych fanów i samej lidze wyjdzie to na dobre. Budowa 500 konnego auta wyłącznie do lokalnych zawodów o niskiej randze, odchudzonego do granic możliwości, jest dla mnie jednak całkowicie pozbawiona sensu. Byłbym w stanie to zrozumieć gdyby bazą do takiego projektu był Lexus LS400 czy BMW Serii 7, auta te posiadają tyle dodatkowego wyposażenia, że ważą więcej niż Australia. A żeby przesunąć cały kontynent, potrzeba więcej niż 200 koni mechanicznych, o czym po części wiedzieli już projektanci i inżynierowie tworzący powyższe modele.

Pozwalając sobie na dygresję o długości podobnej do tych jakie prowadził jeden z doktorantów na mojej uczelni, gdzie 80 minut wykładu poświęcana była na dygresje, a zaledwie 10 minut na temat wykładu, pozwolę sobie wrócić, czy może raczej przejść do tematyki wpisu. Sytuacja w polskim driftingu od czasu opublikowania mojego felietonu oraz zapoczątkowania działalności Unii Stylowego Driftingu, która ma na celu pokazywanie wyłącznie ładnych tzn. stylowo zrobionych drift carów, znacząco się poprawiła. Sukcesywnie zmniejsza się liczba wiader w autach, które do tej pory je posiadały, za to przybywa nowych ładniejszych rozwiązań, proponowanych wcześniej przez nas, co świadczy o poprawie omawianego ubiegłej zimy, stanu rzeczy. Oczywiście gdyby zapytać teraz te osoby, dlaczego zmieniły wygląd swojego drift caru, zapewne zgodnie odpowiedziałyby, że miały to w planach i nie ma to związku z felietonami i działalnością USD. Wiecie jak to wygląda prawda?

Znajdujecie ogłoszenie z bezwypadkowym Renault Vel Satis 3.0 dCi. Postanawiacie je kupić ze względu na jego bogate wyposażenie i atrakcyjną cenę z uwagi na przebieg wynoszący blisko 200 tysięcy kilometrów. Następnie stajecie się właścicielem obiektu żartów i nieprzychylnych komentarzy sugerujących, iż wasz wybór jest równie dobry jak zabranie ze sobą maczety na strzelaninę, zważywszy na fakt, iż jesteście właścicielem sklepu z bronią palną. Będziecie spierać się i za wszelką cenę bronić waszego Vel Satisa, nawet jeśli w tym momencie wasz mechanik głowi się nad tym jak poradzić sobie z problemem wymieszanego oleju z płynem chłodniczym, za co odpowiadają osiadające tuleje cylindrowe. W końcu jednak poddacie się i zrobicie krok w dobrym kierunku, wymieniając silnik, sprzedając jakimś cudem auto, złomując je etc. następnie kupicie coś co będzie powszechnie akceptowalne przez społeczeństwo i sami wrócicie do żartów z licznych francuskich, nie do końca udanych konstrukcji w nadziei, że wasi sąsiedzi i znajomi szybko zapomną, że niegdyś sami posiadaliście taki wehikuł we własnym garażu.

O Maciej Maroszek

Autor. Grafik. Fotograf. Specjalista od marketingu. Dorabia jako prowokator na polskiej drift scenie. Człowiek z własną definicją drifingu. Cechuje go nieprzeciętne poczucie humoru, głupota oraz dystans do samego siebie. Pisze zanim pomyśli i choć mógłby mieć wymarzone MX-5, jeździ Volvo. Kombi. W automacie. Idiota.

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komantarza.

Dodaj komentarz

Maciej Maroszek

Maciej Maroszek

Autor. Grafik. Fotograf. Specjalista od marketingu. Dorabia jako prowokator na polskiej drift scenie. Człowiek z własną definicją drifingu. Cechuje go nieprzeciętne poczucie humoru, głupota oraz dystans do samego siebie. Pisze zanim pomyśli i choć mógłby mieć wymarzone MX-5, jeździ Volvo. Kombi. W automacie. Idiota.

Zobacz pełny profil →

Zaprenumeruj ten blog przez e-mail

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

%d bloggers like this: