//
you're reading...
10 rzeczy, styl w opór

Summer Drift Camp czyli spanie w rurze, pepperoni i krążki na jaja! Aaauuu!!!

Mniej więcej trzy tygodnie temu, po raz 1939 doszedłem do wniosku, że mój dwutygodniowy urlop nie będzie trwał wiecznie, a jego drugi i zarazem ostatni tydzień należałoby przeznaczyć na coś bardziej pożytecznego, niż granie w Tom Clancy’s: The Division. Nie żeby zabijanie zbirów w Strefie Mroku było złe (no co!?), po prostu stwierdziłem, że w wieku 26 lat powinienem zajmować się czymś bardziej poważnym. Dlatego z entuzjazmem godnym sześciolatka, oznajmiłem Oliwii, że jedziemy na biwak! Wtedy jeszcze nie wiedziała o jakim biwaku mowa oraz kto jest jego organizatorem. Nie wiedziała też, że jak się za chwilę okaże, będzie to najlepszy biwak w naszym życiu. Co tu dużo mówić, był wręcz fenomenalny! Ale zamiast ochów i achów, krążki na jaja! Zaczynamy! Aauuu!

Toruń. Stolica moherowych beretów i religii toruńsko-katolickiej. Miasto w którym syn prezydenta kradł w Biedronce świeczki zapachowe, a kibole piłkarscy biją się z żużlowymi. Przyznacie, trochę to popierdolone. Sam Andrzej Sikorowski śpiewał niegdyś „nie przenoście nam stolicy do Torunia”. Chociaż nie. Tam chyba chodziło o Kraków. Tak. To był Kraków. Sprawdziłem. Mój błąd.

Pewnie zapytasz, dlaczego właśnie Kra.. tfu! Toruń został wybrany jako idealne miejsce na driftingowy biwak? Cóż, chciałem o to zapytać organizatorów, ale… byłem zbyt leniwy by to zrobić. Umówmy się więc, że Motopark Toruń został wybrany ze względu na jego lokalizację. Wiecie centrum Polski, wszyscy mają w miarę blisko i w ogóle. No chyba, że mieszkasz w Rzeszowie. Wtedy masz przejebanie długą drogę do pokonania z tego Rzeszowa. W sumie mieszkając w Rzeszowie w ogóle masz przejebane. Kto by w ogóle chciał mieszkać w Rzeszowie? Znacie kogoś z Rzeszowa? No właśnie! Ja też nie. Przejebany ten Rzeszów.

Moja przygoda rozpoczęła się kilka tygodni temu, gdy dotarły mnie pierwsze głosy (kurwa słyszę głosy, źle ze mną) na temat planowanego „tajnego” eventu NEXT LEVEL. Sprzedał mi je sam Don Musk podczas Next Level we Wrocławiu. Wiedziałem wówczas tylko tyle, że planują zorganizować coś w Toruniu. …ale morda w kubeł i jak coś to mnie nie sprzedaj na psiarni – powiedział. Tak naprawdę to nic takiego nie powiedział, ale dał do zrozumienia, żeby siedzieć cicho. No dobra, nie dał.

Kilka dni później Arek podesłał mi zaproszenie do tajnego wydarzenia na portalu Facebook o nazwie Summer Drift Camp. Tam zawarto wszelkie szczegółowe informacje na temat tego jakże tajnego eventu. Tajnego, bo wiecie to taki event na zaproszenie. Wiecie, coś na kształt gali Oscarów, tylko dla prawilnych mordeczek, żadnych przebierańców podrabiańców i tym podobnego gówna. Wiedziałem już więcej, jednak nie przypuszczałem, że było to zaledwie preludium do jednego z tych weekendów, o którym prawdopodobnie będę opowiadał wnukom. Rozsiądźcie się zatem wygodnie i nalejcie sobie drinka. A było to tak…

Dzień Pierwszy – Piątek

Piątek. 09:00. Dzwoni budzik. Ehh… pobudka. Czas się ruszyć! Wziąć prysznic. Zjeść śniadanie. Co by tu jeszcze… Aaa no tak byłbym zapomniał, gdzie są ładowarki!? Dopakowałem szybko te do Canona, iPhone’a i drona. Choć tego ostatniego nie mam, ale wspomniałem bo fajnie się rymowało. Chwilę później, podjąłem decyzję. Koniec tego gmerania, pora ruszyć w drogę. Ale nie, oj nie nie nie, nie do Torunia mój drogi czytelniku… W pośpiechu wrzuciłem bagaże do LOLVO i wyruszyłem do jednej z najbardziej malowniczych Kaszubskich wsi, gdzieś pod Kościerzyną, by odebrać moją Oliwię z pracy i wyruszyć z nią w podróż naszego życia …do Torunia. Wiecie, inni jeżdżą na Malediwy albo na Fidżi, ale nie my. Egzotyczne miejsca są dla nas zbyt mainstreamowe, dlatego MotoPark Toruń wydał nam się idealny.

Dlaczego pojechaliśmy już w piątek zapytacie? Tak bo kilka dni wcześniej Arek zakomunikował na stronie wydarzenia, że na teren MotoParku można wbijać już w piątek po godzinie 18:00. Oczekiwał tylko na deklaracje osób, których mniej więcej może się wtedy spodziewać. Zadeklarowało się jakieś 300 osób ze 108 zaproszonych. Nie pytajcie mnie jak to jest możliwe, ale tak właśnie było. Sam widziałem.

Pewnie niektórzy z was wiedzą, że nienawidzę się spóźniać na umówione spotkania, dlatego też postanowiłem być na miejscu dzień przed planowanym upalaniem. Tym razem z góry jednak wiedziałem, że wyjedziemy za późno i na 18:00 zwyczajnie nie zdążymy. Chyba że śmigłowcem. A umówmy się, na śmigłowiec mnie nie stać, na drona z biedronki zresztą też. Musiałem więc pogodzić się z faktem, że zwyczajnie będziemy później niż reszta.

Starałem się rozbujać moje Volvo T5, by możliwie jak najszybciej dotrzeć na miejsce i tak około 21:30 dotarliśmy na miejsce. Czekając na otwarcie szlabanu, z wypiekami na policzkach zadawaliśmy sobie kolejne pytania. Czy wszyscy już są? Czy ktoś z obecnych jest jeszcze trzeźwy? I czy aby na pewno wszyscy zapamiętali zasadę, najpierw rozstaw namiot, później pij? Odpowiedź czekała tuż za rogiem.

Jest! Szlaban uniósł się. Podziękowaliśmy, wjechaliśmy no i cóż… Jesteśmy! …i Jacek jest i Bambo z Blanką są i nawet Ludwik z Manią się pojawili. Tak. To by było na tyle. Szybka kalkulacja, wychodzi 7. Słownie: SIEDEM osób. W sumie 5. bo Bambo z Blanką pojechali na dworzec po niejakiego Ginia – do teraz jest to dla mnie człowiek zagadka. Wyszliśmy więc porozmawiać.

Zapytaliśmy Jacka o jego film instruktażowy z opróżniania zbiornika na fekalia z przyczepy campingowej i wysłuchaliśmy jego wakacyjnej historii z Grecji. Swoją drogą Jacek ma bardzo ciekawy dar do opowiadania historii i w ogóle wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że za naszymi plecami rozgrywał się właśnie plan zdjęciowy do remake’u Twistera (1996) tyle, że bez planu zdjęciowego. Wierzcie mi nawet na Sunrise’ie nie mają tak mocnych stroboskopów. Wiedzieliśmy, że szykujemy się na potop lub inny pierdolnik na kształt Pearl Harbor. Nie myliliśmy się.

Jebać namiot! Śpimy w LOLVO – krzyknąłem. Nim zdążyłem dobiec do auta… Jebło. Świata nie widać. Co mogłem zrobić? Schowałem się do auta razem z Oliwią i Manią po czym… otworzyłem piwo. No co innego mogłem zrobić? W sumie pierwsza swe piwo otworzyła Oliwia.

Chwile później Mania odebrała telefon od Ludwika, który zdążył dobiec do campingu. „Chodźcie do przyczepy!” Serio kurwa? Widzisz co jest za oknem? Jednak po chwili stwierdziliśmy, że przecież to tylko woda z nieba, w końcu nie jesteśmy z cukru (!). Chociaż po tej ilości słodyczy, którą przerobiłem w swoim życiu, jestem pewny, że po śmierci zostanę skremowany i jakaś Grażynka posłodzi mną herbatę. Zobaczycie.

Chwile później siedzieliśmy już wygodnie w campingu szukając wiosła. Zmoknięci, ale bezpieczni. Padało tak i padało ze 3 dni i 7 nocy, aż w końcu około północy przestało. Szybko okazało się, że nie jesteśmy już sami. Na MotoPark dotarli w międzyczasie członkowie CarSwag, RMPL Riders, TeamCute i jeszcze kilka osób. Zaczęło się melo, które wyglądało mniej więcej w ten sposób: najpierw piwo, następnie wspomnienia z pijackich imprez, znów piwo, rozmowy o W203, kolejne piwo, historia całego Mercedesa wyłożona przez Marka, mhm piwo i… po melo. Poszliśmy spać. Było to jakoś po 3:30.

Tutaj mam dla Was dobrą radę. Gdy wybieracie miejsce na nocleg w aucie nie popełniajcie mojego błędu i nie stawajcie pod latarnią, to nie jest zbyt szczęśliwy wybór. Spanko.

Dzień Drugi – Sobota

Około 7:00 Ludwik obudził nas pukając w szybę. O ile czynność, którą wykonywaliśmy przez ostatnie 3,5h można nazwać snem. Otworzyłem drzwi i pierwsze co usłyszałem tego dnia, było pytanie „Macie może czajnik?”. Rozwaliło mnie to bardziej niż nocna Ubojnia Szmitka puszczana przez Arona z dwóch tub basowych umieszczonych w touringu. Trochę to przeszkadzało w zaśnięciu, podobnie jak rozmowy, przygazówki i inne hałaśliwe rzeczy. Ale chuj tam, ahoj przygodo! W dodatku nad ranem w aucie zaczęło się robić duszno jak w saunie…

Oficjalnie cisza nocna skończyła się jak zawsze o 6:00. Kilka osób postanowiło skorzystać z tego przywileju i kilka minut później zaczęła przepalać swoje driftcary po parku maszyn, by wyjechać na nitkę toru, ale wiecie co? Wówczas było nam to już kompletnie obojętne.

Po ogarnięciu się i odstaniu 15 minut w kolejce do kontenera sanitarnego z WC i prysznicami (Gobla mówił, że są niemal identyczne jak na Ebisu) przyszła kolej na… śniadanie. Tak na prawdę to nie, tzn. tak, ale raczej nie interesuje Was z czym jadłem bułkę.

W końcu chwyciliśmy z Olą nasze aparaty i ruszyliśmy przez park maszyn, który częściowo spał, częściowo jeszcze pił, a w pozostałej części starał się przygotować driftcary do upalania. W międzyczasie znów ktoś dojechał i tak o…

Przyszedł czas na briefing. Ryś z nie do końca znanych mi powodów postanowił przywieźć na lawecie oprócz Subaru Justy również gołębie pocztowe. Tak dokładnie, takie latające ptaki, które srają na parapety i auta. Zostały one wypuszczone chwile po zakończonym briefingu. To właśnie na nim wytłumaczono zasady bezpieczeństwa, wspomniano o dyscyplinie Ciasny Janusz, która miała być rozegrana dopiero nazajutrz oraz poinformowano o kosztach zmiany opon i tych związanych z możliwością noclegu na torze.

Po briefingu, przyszedł czas na dalsze nazwijmy to „zwiedzanie”. Nie pochodziliśmy zbyt długo, gdy smutna żaba pepe – Karol oznajmiła, że „kurwa padła mi pompa wspomagania, ja pierdole”, co w wolnym tłumaczeniu oznaczało ni mniej ni więcej niż to co właśnie powiedział.

Dowiedzieliśmy się, że nikt nie posiada takiej w zapasie, oraz że ani Dembek, ani Bartek, nie mogą jej znaleźć. Zwyczajnie żaden lokalny dostawca nie miał jej na stanie. Nie w sobotę. Tym gorzej, że Karol zdążył już przejrzeć cały OLX, Bartek napisać post „KUPIE(…)” na Tanich Gruzach, a ja podrapać się po głowie. Będąc szczery, wziąłem sprawy w swoje ręce i chwile później znalazłem odpowiednia pompę. Co prawda była fabrycznie nowa, a za jej równowartość moglibyście wyremontować swoje E36 i połowę E46 sąsiada, bowiem kosztowała około 270 złotych, ale raz się żyje! Karol zdecydował się zadzwonić. Nikt nie odebrał…

Po odwiedzeniu kilku okolicznych sklepów motoryzacyjnych w tym tego z ogłoszenia, ręce nam opadły. Oferty okazały się nieaktualne. Obdzwoniliśmy jeszcze kilka szrotów i doszliśmy do wniosku, że jedyną naszą nadzieją, – a raczej nadzieją Karola, aby w ogóle wyjechać z parku maszyn w inny sposób niż na lawecie – było udanie się do Włocławka. Tam rzekomo pewien człowiek zajmuje się sprzedażą używanych części do BMW i ma to co nas interesuje. Tak przynajmniej zapewniał przez telefon.

Jak tu nie pomóc ziomkowi w potrzebie? Pojechaliśmy. Na miejscu zobaczyliśmy masę części, kilka E46 RHD,a nawet 645i też RHD. Wzięliśmy co potrzeba i w drogę. Wróciliśmy około 14:00, Arek z BellyBoyz zdążył już wgnieść drzwi w swoim coupe E46 z pomocą touringa Arona, Bambo popsuć swoje 330Ci, a ja zgłodnieć. No co!? 

Podczas gdy Karol wymieniał pompę, tzn. nadzorował pracę Packa i Bartłomieja, Ludwik odwiedzał ASO BMW. Co prawda w innej sprawie, nie związanej z E36 Karola, ale też się nalatał. Po wszystkim, przyszła chwila na chill przy foodtrucku z hamburgerem w dłoni i wreszcie mogliśmy udać się w spokoju na tor. Nie upłynęła chyba godzina, gdy Ponczak zjechał awaryjnie na pobocze, by chwile później oznajmić, iż zatarł M42B18 w swoim compact… tak po prawdzie to nie pamietam kiedy to było. Wydaje mi się jednak, że była to 21:37. Autentycznie zrobiło mi się go żal. Nie dziwi więc fakt, że w końcu przyszedł do mnie po poradę. Co zrobić zapytał? Zająłem się tym najlepiej jak umiałem i po 5 minutach miałem gotowe rozwiązanie. Powiedziałem mu:

Posłuchaj mnie teraz uważnie, jutro o 19:45 masz samolot do Meksyku. Bilet wyśle Ci zaraz na e-mail. Gdy wyjdziesz z lotniska pod czerwoną budką telefoniczną jest skrytka, otwórz ją tajnym hasłem : hajduszoboszlo. W niej znajdziesz nowy dowód osobisty, 3000 pesos i kluczyki do mieszkania na przeciwko. Od dziś nazywasz się Juan Pablo Fernandez Maria FC Barcelona Janusz Sergio Vasilii Szewczenko i jesteś rosyjskim imigrantem z Rumuni. Pracujesz w zakładzie fryzjerskim 2 km od lotniska. Do tego czasu śpisz w rurze. Powodzenia, zapomnij o swoim poprzednim życiu, zatartym M42 i pod żadnym pozorem się nie wychylaj, zerwij wszystkie kontakty, nawet z obsługą klienta z Polsatu.

Nieco wcześniej jednak udałem się jak gdyby nigdy nic ponownie na tor. Trafiłem akurat na compacty Richa i KLX’a, które chwilowo opanowały tor. Swoją drogą wciąż nie rozumiem co nie podoba się ludziom w compactach? DeLorean ma na przykład zjebany silnik Renault, GT-R wygląda jak bombowiec, a BMW M1 jest fajne tylko w wersji procar, a i tak wszyscy je kochają. Trudno. Nie muszę wszystkiego rozumieć. Na szczęście powtarzalne przejazdy, pełen luzik i widoczny z daleka czysty fun kierowników compactów sprawiły, że przestałem o tym myśleć.

W zamian za to zacząłem zazdrościć chłopakom właśnie wspomnianego funu. A mieli go mnóstwo upalając po Toruńskim Motoparku. Większy fun od nich, mógł mieć chyba tylko Jimmy w MX-5. W końcu, które z aut zaoferuje Wam wiatr we włosach, pszczoły we włosach i muchy w oczach? No właśnie, żaden.

Prawdziwą nowością dla wszystkich była możliwość upalania w nocy! Organizatorzy prosili wszystkich o zabranie jakichś reflektorów budowlanych i innych lamp, mogących pomóc w oświetleniu zakrętów. Kilka osób nawet je przywiozło, ale na niewiele się zdały, podobnie jak światła w niektórych driftcarach, które po prostu nie działały. Całą robotę załatwił Aron, ze swoim ledbarem na dachu, ale o tym później.

Upalanie w nocy było wręcz EPICKIE! Sunące driftcary w nocy, próby dojeżdżania do band mimo niemal zerowej widoczności oraz ilość aut upalających jednocześnie po zmroku to coś co ciężko opisać. Momentami czuliśmy się z Oliwią jak jacyś japończycy oglądający nocne przejazdy na Ebisu. Brakowało tylko klepania w bandę. A nie… czekaj.

Innymi rzeczami, które w miarę dobrze zapamiętałem z tej nocy, było alkoholizowanie się z High Quality, rozmowy z Jimmym o Miacie oraz zamawianie pizzy pepperoni. A tak, właśnie! Z całego serca polecam NYPizza! Byli 40 minut przed czasem, mieli dla nas sosy w gratisie i dali do pizzy pepperoni tyle pepperoni, że miałem ochotę zadzwonić tam po 01:00 i zamówić kolejną pizzę, żeby tylko przytulić dostawcę, króla naszego złotego jedynego, Pana pizzy naszego, który dostarczył nam to jakże wykwintne dla nas koneserów pizzy danie.

Z pełnymi brzuchami i po wypiciu litra Jim Beama, przyszła pora zamuły i głupich pomysłów. Nie wiedzieć skąd pojawił się motyw Chłopaków z Baraków, a dokładniej motyw spania w rurze. Jako, że przed motoparkiem rur jest pod dostatkiem, postanowiliśmy… sami już dobrze wiecie co postanowiliśmy. Tak przytuliliśmy się do kilku rur. Byliśmy hardkorami. Leo z 13 dzielnicy to przy nas Małysz w Dakarze. Odwagi starczyło tylko Ponczakowi, Bartkowi i mnie.

Znaleźliśmy najodpowiedniejszą rurę i odpoczęliśmy tam chwile, by następnie jak gdyby nigdy nic powrócić na teren eventu, przy okazji o mało co nie rozbijając sobie swojego głupiego ryja. Na szczęście Bartek mi pomógł. Reszta wieczoru, a raczej poranka upłynęła na jeżdżeniu Previą z włączoną ubojnią, słuchaniem ubojni z touringa Arona, zaznajomieniu się z historią Mercedesa i bieganiem za Manią. Aaa no i spaniu. W namiocie. Wreszcie.

Dzień Trzeci – Niedziela

Niedziela. Najtrudniejszy poranek tego weekendu. Najdłuższe kolejki do kontenera sanitarnego i największy leń do ogarnięcia życia. Najtrudniejsze też decyzje W203 czy Miata. Kek. Do tego ta świadomość, że dziś to wszystko się skończy… To nie dodawało nikomu otuchy.

Lekko zaspani udaliśmy się na briefing. 11:45 był dla większości zebranych jeszcze środkiem nocy, ale ciekawiła nas konkurencja „Ciasny Janusz”, o której dzień wcześniej zaledwie wspomniano. Przypuszczaliśmy, że będzie to coś w stylu drift games i… nie myliliśmy się. „Ciasny Janusz” polegał bowiem na przejechaniu zakrętu odpowiednią linią tak, by zmieścić się pomiędzy ułożonymi wcześniej kartonami. Co przejazd dostawiano kartony, by było coraz ciaśniej. Stąd nazwa. Zasady dość proste. Dotknąłeś karton? Odpadasz!

Konkurencja trwała około dwóch godzin. Trudno było wyłonić zwycięzce, poniekąd przez fakt, że część osób nie do końca grała fair (ahh ta rywalizacja), a reszta po prostu nie umiała jeździć. Hehehehe. Gdy trasę zwężono do tego stopnia, że pomiędzy kartonami nie przełożylibyście wykałaczki, na placu boju wciąż pozostało kilku kierowców.

Wtedy pudło-ustawiacze – sorry ziomki ale nie wiem jak Was nazwać – z Drift Vibe, CarSwag i czegoś tam jeszcze zaczęli przestawiać kartony. Robili to w ten sposób, by luka wypadała losowo czyli za każdym razem w innym miejscu. Raz na środku, raz po wewnętrznej z drugiej zaś bardziej po zewnętrznej. Ostatecznie mimo jakiś pomówień o kolesiostwo „Ciasnego Janusza” wygrał… sam Ciasny Janusz aka Arkadiusz Tatara. Chociaż z tego co w tajemnicy powiedział Ryś, to wcale nie taki ciasny. Więc jakieś przekłamania rzeczywiście tutaj były.

Co ciekawe, kompletnie nie skupiłem się na jego przejazdach – wybacz Arek – przez co jego obecność w finale była dla mnie lekkim zaskoczeniem. Wygrana jednak zasłużona i nie ma z tym co handlować. Tak przynajmniej słyszałem od osób, które lepiej to śledziły niż ja. Zapytacie co wtedy robiłem? Zapewne rozmyślałem nad zakupem Miaty.

Koniec konkurencji to także koniec jazdy dla kilku teamów. Nie dlatego, że zabrakło im opon lub z powodu awarii, ale dlatego że czekała ich długa i męcząca podróż powrotna. Ponieważ chcieli wyjechać z Torunia możliwie jak najwcześniej, dlatego też krótko po zakończonej konkurencji zorganizowano kolejny „briefing”. To właśnie na nim podsumowano event, przyznano sprawności w formie specjalnie uszytych na tę okazję proporców, a następnie zakończono oficjalną część eventu – że pozwolę sobie tak to nazwać. Prawdziwy harcerski klimat mimo, że nigdy nie byłem harcerzem. Ale znam kogoś kto był i powiedział mi to i owo.

Na tym jednak nie koniec, bo o ile część drifterów wyruszyła w podróż powrotną, o tyle reszta postanowiła dalej upalać. No może poza Karolem, który z jednej strony wciąż zmagał się z problemami związanymi z układem chłodzenia z poprzedniego dnia, zaś z drugiej strony oklejany był w barwy TeamCute przez Sajmona. BMW Karola, a nie sam Karol. Najczęściej przewijającymi osobami na torze byli wówczas drifterzy Rmpl Riders. Zarówno Skyline SuT’a, E46 Touring ‚niewiadomokogo’ oraz charakterystyczne E36 w sedanie na Bytowskich blachach, przynajmniej kiedyś stamtąd pochodziło.

Żeby zobrazować Wam jak dobrze radziło sobie STYLE BANGERS, muszę opowiedzieć Wam pewną historię. No i zapomniałem… W każdym razie członkowie STYLE BANGERS niemal przez cały czas jeździli w parach lub w efektownych trainach.

Wreszcie mogliśmy oglądać Germańskiego Oprawcę w jego brązowej odsłonie na torze. Mimo zmiany koloru, dodaniu dyfuzora i innych elemetnów, to wciąż stary dobry Germański kurwa Oprawca, który stał się już driftingową ikoną. E36 Jacka widoczne było najczęściej ze wspomnianej przeze mnie grupy i choć publicznie chyba nigdy się do tego nie przyznałem, dla mnie osobiście, jego E36 jest bliskie ideału.

Trochę rzadziej podczas tego weekendu widywałem Doriminati. Wciąż nie wiem dlaczego RX-8 Prezesa nie zjechało nawet z lawety. Okej, podobno na chwile zjechało, ale nawet tego nie zarejestrowałem. Jeśli ktoś zna przyczynę, proszę o komentarz z wyjaśnieniem, bo serio mnie to nurtuje.

Gdy już jednak ktoś z Doriminati pojawiał się na torze, od razu robiło się ciekawiej. Charakterystyczny dźwięk JZ w Soarerze Gobli, Aristo Bossa czy dość dziwna odcinka w CA18DET Raya, były pewnym powiewem świeżości wśród dźwięku sześciocylindrowych jednostek BMW.

Najlepiej wjeżdżony w swoje auto był chyba PaBBlos w S14a, który powrócił po dość poważnie wyglądającym dzwonie na Next Level we Wrocławiu. Świetnie radził sobie też Rayu w S13. Lata praktyki w LFS nie poszły w las. Widzieliśmy i wiedzieliśmy to już wcześniej. Swoją drogą S-Chassis to wciąż jedna z najlepszych platform do budowy driftcara na świecie.

Mógłbym tak wymieniać bez końca. Ten był gorszy, tamten był lepszy, jednak nie o porównania i rywalizacje tutaj chodzi, a o świetną zabawę. W tej kwestii bez wątpienia lepiej ode mnie bawiła się choćby Oliwia podczas drift taxi z Karolem. Podczas, gdy ona była zajęta nagrywaniem Szesza z wnętrza E36 Dembka, ja próbowałem uchwycić dwa czarne sedany sunące bokiem stojąc gdzieś na środku jednego z zakrętów. Nie było to wcale tak proste, jak mogłoby się Wam wydawać. Czy mi się udało? Nie do końca. Zresztą zaraz sami będziecie mogli to ocenić.

W ogóle wszystko byłoby w porządku, gdyby nie Oliwia, która zabrała ze sobą mój iPhone i wsiadła do E36 Karola, żeby trochę pojeździć. Dzięki temu, kompletnie nie wiedziałem dlaczego reprezentanci teamu High Quality zjechali z toru(?) Czy to z konieczności zmiany opon, czy może stało się coś poważniejszego? Trudno. Po raz kolejny tego dnia zszedłem z toru. Przemierzyłem cały park maszyn, by finalnie dowiedzieć się, że właśnie jadą upalać dalej. Szczerze powiedziawszy nie chciało mi się ruszyć dupy. Czego jak za chwile się okaże będę żałował.

Oliwia nie zdążyła na zamianę z Bartkiem tzn. przesiadkę do Szesza. Karma wraca heh. Żarcik. Niestety, albo stety ubiegła ją jakaś inna dziewczyna, która zajęła miejsce w sedanie Szeszkin Motorsport. Może to i lepiej, bo ostatecznie Szesz zostawił 1/3 swojego Chasera na barierce i teraz nie może zwalić winy na nią za to, że się rozbił. Fuks. Nie pytajcie czyja to wina, jebnął to jebnął. Andrzeju nie denerwuj się. Weźmiem szpreja i pomalujem. Albo nie pomalujem, bo ten germapoński sedan został spisany na żyletki.

Pod koniec dnia i po feralnym incydencie, Karol dał nam pojeździć swoim E36 po parku maszyn. To był bardzo głupi pomysł. Mimo tego Oliwia chyba najbardziej ucieszyła się z tej „możliwości”. Szybko zajęła miejsce w kubełku i zaczęła manewrować po niemalże pustym już placu parku maszyn. Nie przeszkadzało jej nawet to, że jeździła z zaciągniętą wajchą hamulca ręcznego. Po prawdzie seryjny ręczny w BMW działa tak jakby go tam wcale nie było, więc w sumie nie zdziwiłem się, że jej to nie przeszkadzało.

Wszystko co dobre jednak kiedyś się kończy. Tak było też i w tym przypadku, bowiem Karol tak jak i reszta chciał wrócić do domu. By to zrobić trzeba oczywiście wjechać najpierw na lawetę, co wcale nie jest takie proste, gdy musisz załadować tak niskie auto jakim jest GRÜZ Dembka.

Pomijam już sytuacje, gdy auto zawisło na lawecie, by potem przesunąć się na niej i ustawić w niedogodnej pozycji. Finalnie musiałem wziąć BMW na hol i na siłę ściągnąć je z lawety. Sedan jednak tak się zaklinował, że Volvo pociągnęło E36 wraz z całą lawetą, która była na biegu i miała zaciągnięty ręczny. Jak?! Nie pytajcie.

Przy kolejnej próbie, wjazdu na lawetę spadły najazdy… A z nimi także E36. Taaak. Sedan zawisł sobie na pasie przednim, a Karolowi skończyły się przekleństwa mogące opisać zaistniałą sytuację. Cóż… teraz wiecie czego możecie oczekiwać po lawecie za 50zł za dobę. Ostatecznie dzięki pomocy STYLE BANGERS i organizatorów z NEXT LEVEL udało się ściągnąć auto ponownie z lawety i wjechać na nią ostatni – poprawny – raz.

10. Dziewczyny też wczuły się w klimat – tak trzymać

Dziewczyny mocno wczuły się w klimat imprezy. Nie było ich co prawda zbyt wiele, naliczyłem ze trzy. Dzięki temu udało mi się je zapamiętać i mogę je teraz wszystkie wymienić z imienia i nazwiska. Weronika Samulska, Dominika Zarzycka i Agnieszka Percz – ta ostatnia nie miała szczęścia, bowiem świeżo po remoncie silnika Onevii, posłuszeństwa odmówiła turbosprężarka i niestety na tym Aga musiała zakończyć swój udział w Summer Drift Camp.

Dominika z kolei, swoją MX-5 przyjechała na kołach. Nie wiem czy była to mądra decyzja. W każdym razie szacunek za odwagę i za to, że udało się utrzymać auto w jednym kawałku mimo otrzymania tytułu terenoznawcy. Moim zdaniem Dominika jeszcze wczuwa się w auto, w końcu to jej pierwszy event tego typu w którym brała czynny udział. Przynajmniej tak mówiła. W ogóle kurwa to był chyba dla wszystkich pierwszy event „TEGO TYPU”, bo wcześniej nie mieliśmy styczności z 2 dniowym luźnym eventem w formie biwaku. Dominika jednak pokazała wspólnie z Jimmym, że Miatą też się da! Dziękuję Wam za to.

Ostatnią z wymienianych, ale nie ostatnią pod względem skilla była Weronika Samulska, która tak dobrze radziła sobie za sterami Germańskiego Oprawcy, że w pewnym momencie nawet zdziwiłem się, gdy doszły mnie słuchy, że to nie Kuba siedzi za kierownicą tylko jego dziewczyna. Chętnie zobaczę progres, na którymś z kolejnych eventów. Tymczasem kłaniam się, aż po same kule.

Dziewczyny, które nie upalały również świetnie wczuły się w klimat eventu i choć zazdroszczę im braku kolejki do kibla chciałbym, żeby potrafiły się tak zintegrować jak podczas Summer Drift Camp. Alkohol trochę w tym pomógł, jak zawsze.

9. Utrzymywanie biwakowego klimatu do samego końca

Biwak, harcerze, proporce, namioty tylko ogniska brak. Organizatorzy zapewnili jednak Food Truck z hamburgerami, a co może być lepszego od hamburgera? No tak, pizza. Nie było pytania. Biwak oczywiście to nie tylko jedzenie. Harcerski biwak tym bardziej. Ale czy to byliśmy harcerzami? Sądząc po formie rozdawania nagród, na pewno tak! Podczas Summer Drift Camp nie zdobywano nagród tylko te… no… szybko! Sprawności(!) – tego słowa mi zabrakło – i w tej właśnie formie przyznawano nagrody.

A jeśli chodzi o konkurencje to „Ciasny Janusz” okazał się zaledwie preludium do reszty z ocenianych przez skład sędziowski… no właśnie, konkurencji? Konkursów? Mniejsza o to, sami wybierzcie, które Wam bardziej pasuje. Nie będę się powtarzał. Wiecie już na czym polegał „Ciasny Janusz” oraz kto go wygrał.

Kolejna sprawność nosiła nazwę „Mistrz Harców” i jak zaraz się dowiecie słusznie przyznano ją Szeszowi, który efektowanie zostawił 1/3 swojego JZXE36 w body CuteSport na bandzie. Zanim to jednak zrobił świetnie twinował z Karolem, przy tym niejednokrotnie przyklejał się też do innych aut. Jego jazda mimo drobnych problemów z autem ograniczała się do hasła „ain’t care”.

Sprawność „Terenoznawcy” przypadła Dominice (MX-5), która wypadała z trasy w najlepszym stylu, bo jak to mówią na evencie trzeba „dobrze wypaść” i to jej się udało. Broń Boże nie mówię tego w negatywnym znaczeniu, sam bym lepiej nie wypadł. Widać, że Dominika świetnie się bawiła za kierownicą  swojego MX-5, a jakieś tam błędy zawsze się zdarzają, tym bardziej na początku przygody z driftem.

Najprościej było chyba na tym evencie uzyskać tytuł „Wartownika”, który przypadł Prezesowi (RX-8) z Doriminati. Wystarczyło przyjechać, nie ściągać auta z lawety, ew. ściągnąć je, by później znów je załadować i proszę. Smaczny przepis na zdobycie sprawności gotowy. Była też sprawność „Przyjaciela ściany” a przypadła ona… No właśnie, już chyba sami wiecie komu.

8. Harcerze, proporce i sprawności czyli jak nie zginąć robiąc zdjęcia podczas tulenia band przez Arona. Auu!!

Nie bez przyczyny Aron otrzymał sprawność „Przyjaciela Ściany”. Nie po raz pierwszy udowodnił, że ta nagroda po prostu mu się należały. W sumie gdybym był bukmaherem, kurs jaki ustaliłbym za wygraną Arona w tej konkurencji wyniósłby 1.00, podczas gdy na innych jakieś… ja wiem 40.0? Aron bowiem to typowy pewniak. A już mając dwie tuby i włączoną Ubojnię na full, to już gwarant wyrafinowanego „całowania band”. Zresztą nie tylko całowania band, ale także przecinania banerów w pół. Tak. Aron też to potrafi.

Co prawda, wciąż nie potrafię wyjść z podziwu, że jego touring nadal żyje. Zważywszy na jego „życie” od momentu dostania się w ręki Arona, powinien raczej leżeć teraz, gdzieś na złomie w Bielsku Białej, czekając, aż jakieś Sebix’y rozbiorą go na części pierwsze. Ale nie!

Touring tymczasem zamiata w najlepsze, zabierając ze sobą na pokład nawet czterech pasażerów. Czy to nie cudowne? Do tej pory nie miałem jasno określonego celu w życiu. Teraz już wiem, że jest nim zajęcie miejsca z tyłu w touringu Arona. Albo w bagażniku! Ale to by było wspaniałe, chyba zaraz popuszczę. Żartowałem. Yyy… no dobra, jednak nie.

7. Podziały? Jakie podziały? Chyba tylko w internecie

Na scenie driftingowej niemal od zawsze mówiło się o podziałach i nawet jeśli ktoś (np. ja) wciskał Wam kit, że wszyscy żyją ze sobą w zgodzie i harmonii to możecie być pewni, że kłamał. Tym razem jednak coś się zmieniło… Pewne podziały nadal pozostały, jednak inne zostały puszczone w niepamięć.

Atmosfera była bardziej przyjacielska niż można byłoby się spodziewać. Dogadywali się wszyscy, niezależnie skąd przyjechali i do jakiej grupy należeli. Nawet na pozór wrogowie potrafili sobie podać rękę i razem pośmieszkować. Nawet konflikty mocno widoczne w internecie, okazały się nie istnieć rzeczywistości. Ciekawe co było tego przyczyną…

Może po prostu wszystkim udzielił się klimat imprezy? Albo po prostu wspólne alkoholizowanie co wieczór zrobiło swoje(?) Nie wiem. W każdym razie był to event pełny zaskoczeń. Z tego co wiem, nie tylko dla mnie.

6. Poczucie humoru i spory dystans to podstawa na tego typu eventach – Mania duszą towarzystwa

Oj Mania, Mania, Mania. Prawdziwa dusza towarzystwa. Oczywiście w jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Choć nadążałem za niemal wszystkimi wydarzeniami dziejącymi się w MotoParku Toruń, tak za Manią po alkoholu za chuj nie byłem w stanie nadążyć. Oliwia też miała z tym problemy. Mania była po prostu wszędzie. Potrafiła dogadać się z każdym. Dodatkowo wprawiając wszystkich w dobry nastrój. W dodatku sama się przy tym świetnie bawiła. Takich ludzi potrzebujemy.

Oczywiście takich pozytywnych osób jak Mania było więcej. Nie sposób tutaj nie wspomnieć o kierowniku nocnej przejażdżki Previą czy Jimmym upalającym swoją Miatą z Next Level’ową żółtą flagą z kutasem na środku. Standardowo, większość osób przyjechała na event z pozytywnym nastawieniem i z takim – a nawet lepszym – też z niego wyjeżdżała.

5. Namiotowe love, czyli namiot czy samochód?

Cóż słysząc termin „biwak” z pewnością pierwsze co przychodzi Wam do głowy to ognisko i namiot. O ile tego pierwszego zabrakło, o tyle te drugie były wszechobecne. Umówmy się, że spanie w namiocie nie należało do najwygodniejszych metod spędzenia nocy. Kąsające komary, uchodzące powietrze z materaca (Arek Piechna chyba wie o czym mówię), czy mała ilość miejsca w porównaniu do wręcz ogromnej przestrzeni w najmniejszym pokoju podrzędnego hotelu, sprawiają że choć nie mieliście ochoty, by to powtórzyć, to i tak nie przyznaliście się przed znajomymi, że było Wam niewygodnie i źle. 

A mimo to, będąc tam w Toruniu, modliliście się, aby ten weekend się nie kończył. Kochaliście te cztery materiałowe ściany, kilka kijków i wszechobecne śledzie. Już wtedy dobrze wiedzieliście, że kiedy się to stanie, będziecie musieli wyjść z namiotu, przeżyć dzień będąc półprzytomnym, a na końcu zabrać się za pakowanie. A umówmy się, że pakowanie namiotu i materaca nie należy do najłatwiejszych rzeczy. Osobiście wolałbym chyba podać Gordonowi Ramsey’owi spalone tosty na talerzu, po trzech godzinach spędzonych w kuchni, niż pakować to gówno. Wierzcie mi, nawet jeśli bywacie na campingu 3x w miesiącu, nigdy nie zrobicie tego poprawnie. Za chuj. Z drugiej zaś strony poprawne pakowanie i tak nie ma sensu. Nie powiem Wam dlaczego bo… bo… zapomniałem co chciałem tu napisać. I chuj.

4. PaBBlos wraca do gry! Doriminati mniej widoczne, ale wciąż mocne

Pamiętacie niefortunny crash Pabblosa, Gobli i typka z Wrong Crew w RX-7 na Next Level we Wrocławiu? Wciąż nie pamiętam jego imienia i nazwiska. W każdym razie pewnie pamiętacie skutki tego zderzenia. Były najwyraźniej mniej poważne niż początkowo zakładaliśmy. Wszyscy byliśmy chyba niemal pewni, że PaBBlos powróci do upalania dopiero w przyszłym roku. Kto bowiem jest w stanie tak szybko poskładać auto do kupy? Teraz już wiemy. Doriminati.

Dzięki temu, mogliśmy podziwiać te charakterystyczne S14a zaledwie miesiąc po feralnym wydarzeniu. PaBBlos upalał do tego w najlepsze bez obaw o swoje auto. Mówiąc w najlepsze, rozumiem dosłownie najlepsze. Jak do tej pory, nigdy nie widziałem PaBBlosa w tak dobrej formie. Auto sprawowało się świetnie, nie zauważyłem by podczas przejazdów miał jakiekolwiek problemy, które mogły być następstwem wspomnianej stłuczki. Choć na pewno zaraz ktoś napisze „chuja się znasz kutasiarzu, idź lepiej Klan oglądać”. Taa…

Wszystkie auta Doriminati, zdają się być zbudowane w trosce o najmniejszy detal. Gdy dołożymy do tego zróżnicowanie platform, na których zbudowane są driftcary oraz sposób jazdy, składający się z próby utworzenia efektownych trainów – z różnym zresztą skutkiem – otrzymujemy gotowy przepis na smaczne widowisko. Mniam. Mniam. Dawno gorszego żart..tfu! gówna nie napisałem. Przepraszam.

3. Upalanie w nocy jest takie satysfakcjonujące! Spanie w rurze też!

W nocy poczuliśmy się jak na Ebisu. Co prawda nikt z moich towarzyszy nigdy tam nie był, ale… znamy kogoś kto był i nam opowiedział to i owo. Nie wiem czy to wizja oglądania aut upalających po zmroku ekscytowała mnie tak bardzo, czy może większa w tym zasługa alkoholu? Mimo wszystko było to FENOMENALNE widowisko!

Wiele osób miało jakieś hamulce psychiczne przed słabo tzn. niemal w ogóle nieoświetloną trasą. Wyjątkiem był Bambo, który mimo pewnych problemów M52B30 z którymi borykał się tego dnia, jeździł lepiej niż w dzień. Podobno to dlatego, że nie widział band i przez to mniej się bał.

Tego samego nie można powiedzieć o Aronie, który wyposażył swój touring albo coś co go przypomina, w dachowy lightbar z ledami, które po włączeniu oświetlały trasę przed autem lepiej niż neony napis KEBAB po nocnym melanżu. Powiem w skrócie. Aron jest chorym pojebem! Już w dzień bałem się podchodzić do band, a gdy zobaczyłem fioletowy touring na płycie toru po zmierzchu, prawie zesrałbym się pod siebie. W 100% zgadzam się z decyzją o przyznaniu mu sprawności „Przyjaciela Ściany”.

2. Team High Quality, upierdalanie High Quality i rozkurwianie BMW też w High Quality. W ogóle wszystko High Quality

Przyznam szczerze, że nie nadążam nad co rusz tworzącymi się teamami driftingowymi. Choć w ostatnim czasie trend zdaje się ustępować. Taki chuj. Sraka, wcale nie ustępuje. Co ja pierdole.

Wiele teamów powstało w ostatnim czasie. Ciężko za tym gównem nadążyć gorzej, że jeszcze wiele powstanie. Zaraz powstanie jakieś Monkey, Donkey, Monster czy chuj wie co i już w ogóle będziemy rozjebani do końca. Kto gdzie jeździ? Ten tu, a ten tam, a nie czekaj… przecież założyli nowy team. Nie rozumiem.

Tak samo nie rozumiem do końca genezy powstania High Quality i czym różni się to od Team Cute(?), ale akurat w tym przypadku nie ma to większego znaczenia, bo Panowie podeszli do tematu teamu konkretnie. Sam team składa się z dwóch srebrnych compctów i dwóch czarnych sedanów E36… tzn. teraz to już z jednego compacta i jednego sedana.

I choć mógłbym długo opisywać kierowców i ich auta, niestety event finalnie zakończył się dla Teamu High Quality dość nieszczęśliwie. Dobra, nie dla całego teamu, a dla Szesza, który w majestatyczny wręcz sposób przytulił bandę najpierw przodem, potem tyłem i to wszystko w zaledwie sekundę! Nie wiem dokładnie jak to się stało, tak samo jak nie jestem w stanie pojąć jak dziecko Szesza urodziło się bez tatuaży? I pomimo wielokrotnego sformułowania „jak” w poprzednim zdaniu oraz faktu, że właśnie wróciłeś by to sprawdzić, to naprawdę szkoda mi tego JZXE36 Chaser.

Następstwem tego wypadku było kiepskie samopoczucie pasażerki Szesza, zniszczone E36 Krzyśka i kolejne poszargane banery. I choć pamiątkowe zdjęcie po crashu wyszło wręcz fenomenalnie, a samopoczucie pasażerki w końcu się poprawiło, wciąż mam jednak niedosyt, że pomimo tylu wykonanych zdjęć pary Dembek & Szesz, zdjęć nadających się do publikacji jest zaledwie kilka.

Swoją drogą, dobrze, że nic poważniejszego się nie stało. Szesz co prawda wspominał coś o bolących go plecach, ale wiecie co? Pewnie spał w rurze.

1. Jeśli zastanawiasz się nad zakupem Miaty, przestań. Kup ją

To właśnie były słowa Jimmiego, kiedy podpity powiedziałem mu, że od dawna planuje jej zakup. Po chwili rozmowy przekonał do tego auta mnie, Ponczaka, Bartka, a nawet osoby, których tam nie było. Takie ma gadane!

Prawdą jest, że Mazda MX-5 jest najbliższym odpowiednikiem pożądanego zapewne przez większość z Was AE86. Nie są to tylko moje słowa. Lekkie auto RWD, które nie jest drogie w utrzymaniu (uważajcie na rdzę!) ma niemalże idealny rozkład mas i w dodatku zaplecze części aftermarketowych i gotowych rozwiązań jest chyba większe niż w przypadku E36, które i tak zaraz się Wam spierdoli.

Oczywiście to nie wy wybieracie Miate, a ona Was. Jeśli bowiem macie nieco większy wzrost niż dziecko z 4 klasy szkoły podstawowej, możecie zapomnieć o wygodnej pozycji za kierownicą. Mimo wszystko polecam spróbować, jeździłem kilkukrotnie choć sam jeszcze nie mam własnego egzemplarza. Żałuję tego. Ale to miejmy nadzieję, zmieni się w przyszłym roku.

Taaak. To by było na tyle. Kończąc już moje niecodzienne i momentami idiotycznie przeciągane wątki, chciałbym zakomunikować, że na SUMMER DRIFT CAMP 2017 zobaczyliśmy z Oliwią wszystkiego czego mogliśmy się spodziewać i jeszcze pare gołych męskich dup. Były zaskoczenia, były lepsze i gorsze momenty, czego by jednak nie mówić, było fantastycznie!

Nie spotkałem chyba nikogo, kto nie powtarzałby, że chciałby więcej dwudniowych eventów. Każdy chciałby chyba to powtórzyć i jeszcze raz poczuć się jak na obozie. NEXT LEVEL wiedzcie, że ten pomysł był wręcz FENOMENALNY. Tak trzymać NEXT LEVEL! Tak trzymać! Ze swojej strony chcielibyśmy z Oliwią podziękować organizatorom za ogarnięcie MotoParku Toruń, zorganizowanie kontenerów sanitarnych i zapewnienie świetnej atmosfery, no może poza pogodą w piątkowy wieczór. Ale w sumie event oficjalnie rozpoczął się w sobotę więc… kończę pieprzyć jak mały Kaziu po dużym piwie i zapraszam Was do galeri!

Jeśli się Wam podobało zostawcie proszę lajk i komentarz oraz udostępnijcie ten post, a bardzo mi pomożecie.

Pamiętajcie wyłączyć adblocka na tej stronie. Reklamy nie są tutaj w żaden sposób natarczywe.

O Maciej Maroszek

Autor, Grafik, Administrator, Prowokator w polskim driftingu. Człowiek o stu twarzach oraz jedynym słusznym podejściem do driftingu, 100% zabawy, zero napinki na wyniki. Właśnie tak powinien wyglądać drifting, nie tylko w Polsce ale także na świecie. Nieprzeciętne poczucie humoru oraz dystans do świata oraz samego siebie to cechy wyróżniające go na tle innych. W dodatku jest skromny, a część z tych informacji to bujda.

Discussion

One thought on “Summer Drift Camp czyli spanie w rurze, pepperoni i krążki na jaja! Aaauuu!!!

  1. Przeczytałem cały artykuł, aż mi sie łezka zakręciła, piękny artykuł i dobre wspomnienia….

    No i klasycznie

    U BOJ NIA AUUUUUUAUAUUUUUUUU

    Posted by Phil colins | 1 września 2017, 21:47

Dodaj komentarz

Maciej Maroszek

Maciej Maroszek

Autor, Grafik, Administrator, Prowokator w polskim driftingu. Człowiek o stu twarzach oraz jedynym słusznym podejściem do driftingu, 100% zabawy, zero napinki na wyniki. Właśnie tak powinien wyglądać drifting, nie tylko w Polsce ale także na świecie. Nieprzeciętne poczucie humoru oraz dystans do świata oraz samego siebie to cechy wyróżniające go na tle innych. W dodatku jest skromny, a część z tych informacji to bujda.

Zobacz pełny profil →

Zaprenumeruj ten blog przez e-mail

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

%d bloggers like this: