Drifting, w którym się zakochałem odszedł w zapomnienie.

IMG_1760

Wracając wczorajszego dnia z Poznania, myślałem o nadchodzącym sezonie Formula Drift oraz o naszych rodzimych Driftingowych Mistrzostw Polski. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym posługiwał się tokiem rozumowania przeciętnego fana driftingu w Polsce. Pewnie domyślacie się o czym pomyślałem?

Na każde zawody driftingowe, odbywające się na naszym globie spoglądam zawsze w ten sam sposób, przez pryzmat stylowych driftowozów oraz niewyżyłowanych do granic możliwości, jednostek napędowych. Nie trudno jest się więc domyślić, jakie skojarzenia wywołały we mnie nadchodzące wielkimi krokami serie driftingowe. Postaram się na tyle na ile jest to możliwe pominąć tematykę stylu. Chciałbym się skupić raz jeszcze, na tematyce mocy. Skłonił mnie do tego nikt inny jak Dan Chapman, swoista legenda JDM Allstars. Dan startował w niej, jednym z najbardziej charakterystycznych PS13 jak na tamte czasy, w Europie.

Wspominam o nim z prostego powodu, Dan na swoim prywatnym, Facebook’owym profilu, poruszył wczoraj bardzo ważną kwestię. Kwestię, którą sam nie tak dawno temu poruszyłem, po której obecny mistrz Polski Bartosz “BRT” Stolarski, skwitował ją słowem – “bzdura”. Nie mniej szanuję jego zdanie, bowiem każdy ma prawo do wyrażenia własnej opinii na dowolny temat. O czym mowa? Oczywiście o pogoni za mocą.

blsdr (1)Powyższa wypowiedź powinna być raczej podsumowaniem tego wpisu, jednakże stopień w jakim zgadzam się z Chapmanem wynosi jest równy sile jaką generują obecnie przeciętne driftcary w Formula Drift czy jakiejkolwiek innej lidze, nazwijmy to “Premium” na świecie. Dlaczego pokusiłem się o taką metaforę? Z prostego powodu, matematyczne 100% nie jest w stanie wyrazić tego w tak dosadny sposób jaki bym chciał, żeby był. Proszę nie zrażać się datą 1 kwietnia, bowiem wpis jest jak najbardziej poważny, o czym świadczą liczne komentarze.

5ax6w

Dan potwierdził tok mojego rozumowania, mówiąc iż moc 450 koni mechanicznych jest wystarczająca do wygrywania zawodów, a i ta, mogłaby być mniejsza. Moce rzędu 700-1000 koni mechanicznych, oczywiście nie są zakazane i nikt nie zabrania zamożniejszym zawodnikom przeznaczać swoich środków na rozwój mocowy swoich drift carów. Jednakże, dysproporcja ta sięgnęła już na tyle daleko, iż zawody organizowane są wyłącznie dla ograniczonej grupy zawodników, gdzie reszta pełni funkcje, zapełnienia drabinki, że pozwolę, sobie użyć takiego kolokwializmu.

17umt

a9et3

Dan, podobnie jak ja, skupił swą uwagę na rosnących różnicach pomiędzy zawodnikami, która utrudnia nowym zawodnikom rywalizację nie tyle z bardziej doświadczonymi zawodnikami co z zamożniejszymi z nich. Korelacja pomiędzy zamożnością a mocą drift carów, jest taka sama jak prawdopodobieństwo tego, że po zjedzeniu wystawnego obiadu składającego się z trzech dań i deseru będziesz nadal głodny. Nie zaglądam nikomu do portfela, po prostu widać to na pierwszy rzut oka. Tak już jest po prostu.

Komentarze, których liczba przekroczyła w niedługim czasie magiczną granicę dwustu wypowiedzi, w przeważającej części, zgadzają się z tokiem rozumowania i ideologią, która jest mi bardzo bliska. Sporo wypowiedzi, dotyczyła braku wystarczających umiejętności, które są maskowane wisefabem oraz mocą, co w moim odczuciu jest prawdą. Nie mówię przy tym, że każdy który dysponuje mocą 700+ nie ma odpowiednich umiejętności, myślę jednak, że ten problem tyczy się pewnej grupy kierowców.

tp2cd

Keep Drifting Fun, słowo tak nadużywane ostatnimi czasy, podobnie jak “hater”, który jest używany jako tarcza na konstruktywną krytykę, w pewnym stopniu ma tutaj swoje odzwierciedlenie, tzn. pierwsze z nich. Drifting to zabawa, miejsce gdzie każdy powinien świetnie się bawić, zapominając na chwile o całym otaczającym go świecie. Obecnie drifting, a raczej same zmagania zawodników podczas zawodów to nieustanny stres czy uda mi się z nim wygrać. Oczywiście są zawodnicy, którzy jadą bez napinki na wyniki i chwała im za to, jednakże większość zawodników, walczy po prostu o najwyższy stołek i rozpoznawalność na Polskiej scenie, którą można zdobyć nie tylko poprzez wygrywanie zawodów.

ocele

Obiecałem jednak, że nie będę poruszał tematyki stylu tak więc przejdę do pewnej metafory i być może filozofowania, jak niektórzy z pewnością mi to zarzucą. Moim zdaniem pomijając ograniczenia mocowe narzucone z góry przez ligę, nowy drifter, powinien przejść pewną obowiązkową drogę i nie mówię w tym momencie o zdobywaniu licencji, która być może nie będzie mu do niczego potrzebna. Podobnie jak wiele gigantycznych korporacji, których twórcy przepracowali odpowiedni czas na każdym z niższych szczebli drabinki zawodowej tj. od sprzątaczki po fotel prezesa, który pozwolił im zrozumieć położenie i oczekiwania podwładnych i nauczył się nimi zarządzać w odpowiedni sposób, tak samo powinniśmy postąpić z driftingiem ale o tym za chwilę.

Obecna sytuacja przypomina wiele polskich korporacji, gdzie niemal każdy pracownik, walczy za wszelką cenę, by zasiąść na fotelu prezesa i zaimponować innym, bez względu na to, jaką przyjdzie mu zapłacić za to cenę. Rozpoczynając przygodę z driftingiem od auta o mocach rzędu 400 czy 500+, bowiem już i do takich sytuacji doprowadzono, nie wróżę hucznego rozwoju driftingowi.

Owszem mamy obecnie mnóstwo serii driftingowych dla amatorów gdzie bez wielkich nakładów finansowych można dobrze się bawić i wywalczyć licencję… A nie czekaj. Chyba coś pomyliłem?

Być może zauważyliście rosnącą z roku na rok poprzeczkę w niższych seriach driftingowych, gdzie obecnie moc 300 koni mechanicznych jest niemalże absolutnym minimum, by myśleć o zajęciu wyższych miejsc w zawodach. Jak w takich warunkach może konkurować np. pracujący student, który po latach pracy dorobił się własnego E30/E36 325i? Odpowiedź jest prosta. Nie może. Dopóki nie wzmocni swojego samochodu albo znacznie go nie odchudzi, może zapomnieć o udziale w zawodach. Innym rozwiązaniem byłoby powstanie ligi, która sprawowałaby pieczę nad zapewnieniem na tyle na ile to możliwe, wyrównanych szans, w przeciwnym wypadku, nic się nie zmieni.

Chętnie zobaczyłbym zawody, w których wszyscy zawodnicy w autach 500+ (zawodnicy z całego świata) wsiedli by do aut o mocy 240-300 koni i za ich kierownicą konkurowaliby jak ma to miejsce na tradycyjnych zawodach. Obawiam się, że część kibiców mogłaby się nieco rozczarować. Pomyślmy dlaczego Japończycy posiadają tyle umiejętności w jeździe w kontrolowanym poślizgu? Odpowiedź jest prosta. Ćwiczą. Jednak nie w tradycyjny sposób. Kupują AE86, S13, czy podobne tylnonapędowe auto, które w Japonii można dostać za równowartość E36 u nas, po czym jadą na tor, gdzie nieustannie ćwiczą jazdę w parach. Jeżdżą przy tym bardzo agresywnie. To jest moim zdaniem klucz do sukcesu.

Zaczynają oni od niewyżyłowanego auta, które możemy kupić niemalże za czapkę śliwek, do którego części oraz opony są równie tanie a w przypadku poważniejszego crashu, nie muszą siedzieć i płakać nad tyłem w trójkąt, tylko jadą kupić kolejne i bawią się dalej. Finansowo nie wyjdzie to wcale drożej od jednego, lepiej przygotowanego auta, a takie elementy jak skręcana klatka, kubełki czy pasy, zawsze można przełożyć do kolejnego nadwozia. Takim drift carem, upalają możliwie jak najczęściej, ćwicząc pary i obijając się wzajemnie, co po pewnym czasie powinno zaskutkować wyrobieniem w sobie odpowiednich umiejętności jazdy niemalże drzwi w drzwi. Dopiero w następnym etapie driftingowej ścieżki można pomyśleć o zwiększeniu mocy i stworzeniu auta za większe pieniądze. Obawy związane z rozbiciem drogiego drift caru, będą wówczas znacząco mniejsze w moim odczuciu, niż jak gdybyśmy wsiedli od razu do 400-konnego auta i próbowali walki w parach, jeżdżąc możliwie jak najbardziej agresywnie. Zdobyte wcześniej doświadczenie, ułatwiłoby ujarzmienie mocy drzemiącej w tak mocnym, drogim drift carze. Ponadto profit jest taki, iż przejazdy po przesiadce byłyby o wiele bardziej agresywne.

W ten sposób w moim odczuciu powinna wyglądać driftingowa ścieżka każdego z nas. Zakończę jakże prawdziwymi słowami, które razem z całą grupą ludzi o zbliżonych poglądach regularnie powtarzamy. Zarówno odpowiednia, niewygórowana moc jak i styl oraz dźwięk jest kwintesencją driftingu.

twhr7

*nie, nie uważam się za eksperta. Moje rozważania są skutkiem, rozmów z wieloma drifterami na całym świecie, którzy zjedli zęby na tym co robią. Powyższy tekst, został oparty m.in. na zagorzałej dyskusji, która miała miejsce na profilu Dana Chapman’a.