NEXT LEVEL 2019 – dobrze, lepiej, wspaniale!

O! Cześć. Dawno Cię tu nie było. Jasne, rozumiem. Jesteś tu bo chcesz żebym oprowadził Cię po Next Level ’19. Chciałbym, żeby to było takie łatwe, niestety mniej więcej od zeszłego wtorku zastanawiam się jak rozpocząć ten wpis. Niecodziennie mam bowiem okazję podsumować jeden z najlepszych eventów driftingowych na świecie. Powinienem rozpocząć od ekscytacji? A może warto nieco przystopować i stopniowo budować klimat? Pisać go w dresie, założyć stylowy ciuch, a może włożyć garnitur? Głupi dylemat. Zostanę w gaciach. Dzięki temu obnażę przed Tobą wszystko co do zaoferowania miał Next Level podczas tegorocznej edycji! Wybacz, że posłużyłem się tą metaforą, ale chciałbym bez owijania w sreberka niczym świstak z reklamy Milki przejść wspólnie z Tobą, po wszystkich najważniejszych wydarzeniach rozgrywających się podaczas Next Level ’19.

Pamiętasz moją zeszłoroczną kalkomanię podsumowującą Next Level ’18? Zastanawiałem się wówczas, czy hucznie zapowiadany event, odmieni polską scenę driftingową raz na zawsze? Cóż, znasz już odpowiedź. Odmienił. Kurka i to jak! Nie istnieją odpowiednie słowa, by opisać, jak świetny był to event. Mimo to, próbowałem. Edycja ’18 była wręcz ge-ni-anal-na! Wspólnie zobaczyliśmy coś, na co nie byliśmy gotowi, ba! Nikt nas nawet nie przygotował na to co jeszcze parę lat temu siedziało się w głowach organizatorów, a później zostało przetransferowane do świata realnego.

Sam powiedz, kto by przypuszczał, że ekipa Hoonigans przyjedzie do Polski, by nagrać kilka odcinków swojego internetowego show? W dodatku o driftingu! Czy tak jak ja nie wiedziałeś jak zareagować na takie zapowiedzi, wiedząc że mają oni na miejscu takie imprezy jak SuperD, Final Bout czy serię imprez na Pat’s Acres Racing Complex?! Kto by przypuszczał!? Co my im możemy zaoferować? No co? Do tego jeszcez Tye Jeff z Australii czy Adam Maciejewski z niemiłosiernie drącym ryja RX-7 FC, który przyjechał z Wielkiej Brytanii. Gdy tylko przypomnę sobie te wszystkie auta. Uff… dobra, podnieciłem się. I jeszcze te genialne S-Chassis Low Origin i S14 Eddiego Trinksa ughh… daj mi moment, muszę się uspokoić.

Sam wiesz, że nie jest to takie łatwe po tym wszystkim czego świadkami byliśmy zeszłego lata. Ciężko być również spokojnym, gdy wiesz, że za kilka miesięcy, tygodni i dni staniesz przed bramą toru, by chwilę później stać się świadkiem wydarzenia, o którym będzie mówił cały świat. Ponownie. Nawet jeśli miałby to być wyłącznie świat wirtualny. Mnie to wystarcza.

Wystarcza, ponieważ wiesz, że ta historia będzie tworzyć się na naszych oczach. To wspaniałe prawda? Niestety właśnie tutaj pojawia się nasz pierwszy problem. Oczekiwania względem Next Level 2019 urosły i są większe niż przed rokiem. A jak powiedział kiedyś, ktoś mądrzejszy ode mnie (strasznie lubię ten cytat) “rozczarowania są wynikiem smutnych oczekiwań, miej nadzieję a nie oczekiwania, bo lepiej doświadczyć cudu niż rozczarowania.”

Przed rokiem nie przypuszczaliśmy jeszcze, że ten zapomniany na 123 lata kraj, dostąpi zaszczytu zorganizowania jednego z najlepszych eventów tego typu w Europie. Ba! Na świecie! Posiadając te wiedzę zarówno ja, jak i Ty mieliśmy nadzieję na jeszcze lepszą edycję. Edycje ’19. Czy zatem w tym roku, Next Level był w stanie jeszcze czymś zaskoczyć? Czy zwiększone oczekiwania po 2018 zostały zaspokojone? I w końcu czy ta impreza zasługuje na miano Next Level? Pozwól, że za chwile to z Tobą sprawdzę, tylko najpierw założę coś na siebie, bo trochę głupio żebyś wyobrażał sobie, że pisząc to siedziałem w samych gaciach. Nie żartowałem.

Okej. Wróciłem. Mam nadzieję, że jeszcze tu jesteś, bo ciężko jednoznacznie odpowiedzieć na postawione pytania, które rodzą się szybciej niż dzieci patologicznych beneficjentów 500+. Nie wiem jak Ty, ale ja wyczekiwałem Next Level bardziej, niż jakiegokolwiek innego wydarzenia czy święta… Tu wtrąca się trzecia osoba w naszej podróży – Oliwia ze swoim: “A… a nasza trzecia rocznica? Zapomniałeś? Nie czekasz na nią?” – zapytała. “Daj spokój, Next Level w tym roku!” – odparłem uradowany. Żartuje, nigdy by tak nie powiedziała, prędzej ja, ale mniej wiecej w ten sposób wyglądały nasze rozmowy dotyczące najważniejszych wydarzeń w 2019 roku. Dobra, tak naprawdę, gdyby tak wyglądały te rozmowy, bylibyśmy tu teraz samotnie – Ty i ja.

Ukoloryzowałem to, bo rozmowy zaczęły mnie irytować. Chciałem być gotowy na to wydarzenie, chciałem wszystko zaplanować, a ciężko to uczynić, nie znając konkretnej daty oraz miejsca wydarzenia, a te jak pewnie pamiętasz, pojawiły się o wiele później niż przed rokiem. Wyczekiwanie na publikację daty przyprawiała mnie o irytację, “chce już rezerwować hotel” – powtarzałem Oliwii. Ta uspokajała mnie, próbując dotrzeć do jakichkolwiek informacji. Sam dobrze wiesz, podobnie jak pół carswaga, że dotarcie do nich o 10 minut za późno sprawia, że noclegu możesz szukać co najwyżej w namiocie kolegi będącego na biwaku w Białymstoku, czyli grubo ponad 300km od miejsca wydarzenia. Przesadzam, ale nie znajdziesz niczego blisko toru, a już na pewno nie w rozsądnych pieniądzach, szukając miejsca noclegowego następnego dnia.

Miejsce wydarzenia potwierdzono dosyć szybko. Po raz kolejny padło na Autodrom Pomorze w znanych już nam Pszczółkach. To dobra informacja, bowiem bałem się, że incydent ze spalonym M3 Muska z zeszłego roku mógł negatywnie wpłynąć na ponowną organizację Next Level-u w tym miejscu. Sam rozumiesz. Na szczęście moje obawy okazały się niepotrzebne, a jedynym problemem była data. Wiedziałem, że odpowiednik terminu z przed roku został już zajęty przez – o ironio – Drift Open, nie mogłem więc rezerwować hotelu w ciemno. Pozostało czekać na nadejście nowych informacji. Strasznie zależało mi na komforcie psychicznym, a ten mógł mi zostać zapewniony wyłącznie poprzez mailowe potwierdzenie rezerwacji pokoju hotelowego w GREGOR-ze. Wtedy byłbym pewien, że mogę w spokoju przygotowywać się na wysokoprocentowy alkohol, darcie ryja i bieganie po wiszących szklanych korytarzach łączących oba hotelowe budynki o 3 nad ranem. Pragnąłem tego.

Mijały dni, tygodnie… Atmosfera zaczęła się zagęszczać, ponownie pojawiły się obiecanki o publikacji oficjalnego video z 2018 r. – w końcu, by wypadało pomyślałem – ale i na to pozostało czekać jeszcze kilka miesięcy. Kwestia after movie ucięła na pewien czas pytania dotyczące daty wydarzenia. Nie było mi łatwo, ale nadeszły święta, gwiazdka, prezenty, następnie Sylwester i Nowy Rok. Poniekąd zapomniałem o Next Level.

I tak oto, nagle w dniu 17 stycznia, niczym uderzenie wielkiego młota nadeszła wyczekiwana przeze mnie informacja. Nasze na wpół nieoficjalne źródło podało, że event odbędzie się 03-04 sierp… Zanim zdążyłem doczytać przesłaną wiadomość do końca, wykręcałem już numer do hotelu GREGOR, którego o dziwo nie mogłem znaleźć na bookingu. Parę minut później mój świat runął. Sympatyczny kobiecy głos w słuchawce oznajmił mi, że cały hotel został zarezerwowany przez… gości weselnych. “Zjebana data na wesele” – pomyślałem. Jednocześnie w jednym momencie czar świetnie zaplanowanego weekendu prysł jak bańka mydlana. Nici z darcia ryja, biegania po podniebnym korytarzu, pokazywania jaj kolegom i obserwowania jak Ci przechodzą z pokoju do pokoju oknami. “Otrząśnij się Maciej, trzeba szukać innego kwadratu!” – prawie się spoliczkowałem, jak robią to czasem na filmach. Moją kolejną myślą był BARTNIK. Na booking.com został ostatni pokój 1-osobowy. To potwierdzało nieoficjalne info o dacie wydarzenia. Chuj najwyżej Oliwia zostanie w domu eheheh. Kliknięcie przycisku REZERWUJ rozpoczęło ciąg przyczynowo skutkowy. Emocje opadły po otrzymaniu e-maila “Twoja rezerwacja w hotelu Bartnik została potwierdzona.”

Kamień spadł mi z serca. Rozpoczęła się druga faza ekscytacji. Dotarło do mnie, że po raz kolejny będę miał okazję przeżyć jeden z najlepszych weekendów w moim nędznym życiu. Czekało mnie 48 godzin ziomkowania wśród niezwykle spasowanych samochodów i sunących bok w bok driftcarów. Nie mogłem doczekać się jazdy, mnóstwa jazdy, która jak miałem nadzieję, poprawi się w stosunku do roku ubiegłego. Cholera, właśnie zdałem sobie sprawę, że z większością osób do ziomeczkowania nie widziałem się od roku! Jak się pewnie domyślasz, rozpocząłem planowanie.

Z czasem nadchodziły kolejne informacje. Low Origin potwierdził swoją obecność, Tye Jeff również, dodatkowo pojawiły się nowe nazwiska i auta, których dotąd próżno było szukać w Polsce. W zgłoszeniach pojawiło się Cefiro, Chaser, Silvia, dwa AE86 kilka Skyline-ów i wiele innych japońskich furek, których zabrakło na zeszłorocznej edycji. Zabrakło co prawda ekipy Hoonigans, czyli największego czynnika medialnego, który po raz kolejny nagłośniłby wydarzenie na całym świecie, ale osobiście nie oczekiwałem tego.

W związku z dużą liczbą nowych furek w mojej głowie pojawił się plan na zakup nowego sprzętu, który umożliwiłby mi stworzenie nietuzinkowego video z tego świetnego wydarzenia. Zanim się jednak obejrzałem był kwiecień, a ja posiadałem zaledwie 40% potrzebnego mi sprzętu bez nadziei na poprawę sytuacji. Nie mógłbym zatem stworzyć niczego co byłoby w stanie mnie zadowolić i z czego mógłbym być dumny, więc porzuciłem ten plan.

Niestety na parę tygodni przed eventem nadeszły smutne informacje. Pierwsza – Low Origin nie dotrze przez wybuchnięty silnik w PS13 Dana i problemy z elektryką po pożarze w S14a Alexa na StreetTrackLife. Druga, sam nie wiem czy nie gorsza bo nie z powodu awarii. Dirft BASTARDS, na których strasznie liczyłem, również zapowiedzieli, że nie przyjadą na Next Level, ponieważ za późno otrzymali maila z potwierdzeniem ich udziału w tym wydarzeniu w związku z tym zaplanowali już coś innego w tym terminie. Zgrzyt.

Wiedziałeś o tym? Nie? Teraz już wiesz. Przykre, ale godząc się z tym stanem rzeczy, postanowiłem, że tym razem wezmę urlop, by nic mnie już nie zaskoczyło. Czułem się pod presją. Dostałem od Oliwii przykaz tonem, jaki znam tylko z historycznych nagrań gestapo: “Masz się wyspać, ty polski, burdny śmieciu! Albo nie przyjeżdżaj w ogóle!” – zagroziła. Trochę to ubarwiłem, ale rozumiesz, zależało jej, żebym był wyspany. A o to u mnie raczej ciężko.

Dzień minus jeden – Piątek x NEXT LEVEL 2019

6:45. Pik pik…. Pik pik… Ja pierdole. Znów zapomniałem przestawić budzika. Spoglądam na zegarek. Jak to 9:45!? Co tu się…? Ale? Dlaczego? Choć czuję się jak postać, którą Marek Kondrad odtwarzał w Dniu Świra nie mam czasu na pierdoły. Wstaję. Muszę się ogarnąć. Na pół przytomny zaczynam się pakować. Zawsze rozpoczynam od sprzętu, bo to od niego zależy czy przeczytasz ten wpis wzbogacony o zdjęcia czy też nie. Ubrania nie są istotne. Mogę założyć dosłownie cokolwiek a Ty i tak tego nie zauważysz, bo będziesz zajęty przyglądaniu się driftcarom i temu jak jeżdżą, by mieć czas na zwrócenie uwagi na kogoś takiego jak ja. Jeśli jednak zwróciłbyś uwagę na moją stylówę, to uznałbym Cię raczej za kogoś szukającego gejowskiej miłości, a nie obserwatora Pentla Squad pokonującego kolejne okrążenia autodromu w trainie. W każdym razie ślepy zaułek ziomek.

Skoro temat ubrań mamy już za sobą, to pora na szybką checkliste. Canon? Jest. Sony? Jest. Ładowarki? Są. Zapasowe baterie? Szlag! Gdzie ja je u licha schowałem? Dobra, mam. Zmęczyłem się. Oprę się tylko na moment. Dźwięk Messengera. K*rwa. Zasnąłem oparty o deskę do prasowania. Wspaniale. “Wyspałeś się?” – dopytuje Oliwia. Serio? W tamtej chwili jedyne co mogłem odpisać to “Oczywiście kochanie!”. Tak też zrobiłem, by nie zostać zajebanym z samego rana. Nie mam czasu na śniadanie, więc wrzucając wszystko do auta obmyślałem co zamówię w Burger Kingu po drodze. Dawno nie jadłem Burger Kinga, w sumie spoko. Już miałem ruszać, kiedy przypomniałem sobie… Ja pierdole, przecież mam kogoś z BlaBlaCara do zabrania. Zaraz, jak ona miała na imię? Cyk w aplikacje i… Dobra mam ją! La… Lar… Larina. Co to za imię? Chyba niespotykane? Może nieco dziwne? Hmm… dla mnie po prostu ładne. Kolejna myśl. A co jeśli jest weganką? Chuj. Nici z Burger Kinga, zjem coś gdy ją wysadzę.

Tak oto mój przyjacielu, w miłym towarzystwie wyruszyłem w kierunku pomorza. Po drodze odwiozłem Larine do domu, po czym odebrałem Oliwię z jej malowniczej wioski pod Kościerzyną, w której mieszka. Tak, przypomnę. Moja Oliwia ma na Autodrom Pomorze raptem 64 km a mimo to, wynajęliśmy hotel by móc – w spokoju – cieszyć się wieczornymi wixami.

Spokój to ważna rzecz, dlatego skracając tę nudną jak flaki z olejem historię, zapakowaliśmy resztę bagaży i godzinę później zawitaliśmy do Pszczółek, gdzie szybko zameldowaliśmy się w hotelu. Korzystając z okazji zrobiliśmy pełne zaopatrzenie w pobliskiej Żabce, która na stałe wpisała się w punkt wycieczki na Autodrom Pomorze.

Zaopatrzeni głównie w alkohol i pryncypałki postanowiliśmy wyruszyć na tor. Chcieliśmy się tam udać mimo dość późnej godziny na pieszo. Oliwia uruchomiła jednak swe kontakty i chwilę po 22:00 siedzieliśmy już w Multivanie, lub jak mawia Oliwia – minivanie Romana, który wiózł na event swoje E36 323ti. Wrażenie wywarła na mnie, nowa bajerancka laweta, z której co prawda po drodze wypadły zabezpieczenia najazdów, ale to mało przyjemny i interesujący szczegół.

O wiele przyjemniejszy był fakt, że bardzo szybko znaleźliśmy się na myjni. Po niej przyszła kolej na tankowanko w Orlenie. Tak tym samym z restauracją wyglądającą jak szpitalna stołówka. Nie przyjechaliśmy tam jednak na kolacje, a wyłącznie w celu zatankowania compacta. Niewiele bo zaledwie kwadrans później przejeżdżaliśmy przez bramę wjazdową toru. Większość aut była już na miejscu, więc pozostalo znaleźć ostatni wolny plac na pierwszym parku maszyn i spróbować się tam rozładować. W tym momencie mógłbym Ci opowiedzieć jak walczyliśmy z otwarciem drzwi w compactcie, które od strony pasażera zaprotestowały ryglując się na dobre, albo opowiedzieć jak fajnie jest trafić na tor już w piątek, ale akurat to nie byłoby prawdą.

Niestety nasze ambitne plany na ten wieczór zostały pokrzyżowane przez ochroniarzy. Zgodnie z umową zamierzali zamknąć obiekt o północy. To dość ważna informacja dla Ciebie, gdybyś przypadkiem w przyszłym roku wpadł na genialny pomysł, by przyjechać na tor już w piątek w nadziei np. na dobrą imprezę. Nie było tam takiej. Wbij sobie zatem do głowy, że nim zegar wybije dwanaście razy w magiczny sposób znajdziesz się poza terenem toru i w zasadzie możesz udać się do hotelu spać.

Oczywiście tak było również ze mną i Oliwią. Przywitaliśmy się z wszystkimi obecnymi wewnątrz obiektu, stanęliśmy by porozmawiać o pierdołach, ale raptem kilka minut później podszedł do nas Jacek (organizator) i delikatnie lecz stanowczo dał do zrozumienia, że byłoby lepiej żeby nie wkurwiać Panów ochroniarzy na dzień przed imprezą i udać się grzecznie do wyjścia. Wróciliśmy zatem grzecznie do hotelu gdzie czekały na nas zakupione wcześniej pryncypałki i wysokoprocentowy alkohol w postaci whisky. W sumie to chyba nie najgorsza opcja? Jak uważasz?

Przed hotelem rozkręcała się wixa, do której oczywiście musieliśmy dołączyć. Okazało się, że w naszym hotelu znaleźli się również BellyBoyz, ProDrift, City Breakout, Mers i wiele innych osób, które mniej lub bardziej kojarzyłem. Mniej więcej pomiędzy drugim a trzecim drinkiem pojawiła się Stagea od City Breakout i przyjemna posiadówa została wzbogacona o odpowiedni dla tego wydarzenia podkład muzyczny. Tak naprawdę  to nie wiem czy odpowiedni, bo nawet nie zwróciłem uwagi co tam leciało, ale pamiętam, że w przeciągu godziny trzy razy grożono wszystkim zebranym wyrzuceniem z hotelu i wezwaniem policji, której posterunek znajdował się po przeciwnej stronie ulicy. W sumie gdyby mieli to zrobić, zrobiliby to już wcześniej ale…

Nie chcąc kusić losu i unikając przypału skitraliśmy się do hotelowego pokoju, gdzie dokończyliśmy drineczki i położyliśmy się spać z nadzieją, że pozostałe 3,5 h snu wystarczą nam, na wypoczęcie i zebranie energii potrzebnej na cały sobotni dzień biegania z aparatem i dokumentowania tego co ważne i mniej istotne. Światło zgasło. Pora spać.

Dzień pierwszy – Sobota x NEXT LEVEL 2019

“Wstawaj już po dziewiątej, musimy iść na śniadanie” – krzyknęła Oliwia. “Daj mi 5 minut kobieto” – odpowiedziałem. Chwilę później zwlokłem się z łóżka, założyłem pierwsze co chwyciłem z szafy, bo nawet kulturalnie zdążyłem się wypakować i udaliśmy się wspólnie do windy. Wchodząc do wielkiej sali, – będę to nazywał śniadaniarnią -, szybko zorientowaliśmy się, że przyszliśmy jako ostatni. Wszyscy goście hotelowi, a więc teamy, media i paru widzów, których celem destynacji również był Next Level, właśnie kończyli swoje śniadania i zbierali się, by wyjechać na tor. “Jesteśmy trochę w dupie, ale wszystko pod kontrolą Maciej” – uspokajałem się w myślach. Kilka zjedzonych kiełbasek i parę widelcy jajecznicy później dołączyliśmy do wyprawy na tor, ale… pieszo. Wzbogaceni zeszłorocznymi doświadczeniami uznaliśmy, że ten sposób dotarcia na tor będzie dla nas najbardziej odpowiedni. Wiesz, to tak na wszelki wypadek, gdybyśmy np. wieczorem/nocy zażyli jakieś wysokoprocentowe trunki, których ze sobą oczywiście nie zabrałem no bo po co? “Przecież tego dnia jeszcze z 2x zabierzemy się z kimś do hotelu” – podpowiedziała Oliwia. Dla świętego spokoju, posłuchałem. Głupi ja. Oj głupi.

Za pieszą wędrówką przemawiała przede wszystkim odległość, wynosząca raptem 1,2 km. Pomimo tej błachej odległości, szybko zdaliśmy sobie sprawę, że jednak wygodniej byłoby pojechać samochodem. Pomijając głupie rozkminy i marudzenie, dotarliśmy na miejsce. W sumie to tak nie do końca. Zatrzymaliśmy się przy pierwszej, prowizorycznej bramie. Mijając długą kolejkę, – na pewno dłuższą niż w zeszłym roku – dotarliśmy do mniejszej, dedykowanej mediom i kierowcom. Stanęliśmy. Stoimy.

Nadal stoimy. Nie spodziewałem się, że stojąc jako szósta osoba w kolejce po odbiór akredytacji spędze tam blisko 25 minut. Serio? Z wszystkimi problemami jakie niemal zawsze mam na RACEISM, wydanie akredytacji zajmuje góra 12 minut. Szkoda. Nie chciałem się denerwować i odpuściłem już to na czym nam najbardziej zależało, czyli briefing. Według rozpiski zapowiedziano go na 10:00, wówczas jeszcze nie wiedzieliśmy, a może raczej zapomnieliśmy, że harmonogram nie ma kompletnie nic wspólnego z rzeczywistością, a cały plan tradycyjnie rozjedzie się o parę godzin.

Nasłuchując licznych narzekań osób stojących z nami w kolejce (chyba też spieszyli się na briefing), w końcu odebraliśmy tak wyczekiwane przez nas akredytacje i wyruszliśmy w kierunku właściwej bramy wjazdowej na tor. “Pierwszy zgrzyt mamy za sobą, oby nie było takich więcej” – pomyślałem. Przy okazji zawróciliśmy Romana i Arona, którzy właśnie podążali w kierunku górki z kasami biletowymi, po odbiór własnych opasek. “Szkoda czasu, by tam stać, odbierzecie później” – rzuciliśmy. Całkiem możliwe, że wtedy szło już sprawniej, ale po co ryzykować?

Zawrócili, a my dołączając się do nich w końcu weszliśmy. “Chodźmy od razu do parku maszyn” – rzuciłem. Wiedziałem co chcę zobaczyć i w odróżnieniu od zeszłego roku przypuszczałem, czego mogę się tam spodziewać. Chuja się spodziewałem, tego co tam zastałem nie można się było spo… nie… ja pier-k*rwa-dole ile tego!? Prawie zemdlałem. Tak samo jak w zeszłym roku, poczułem jak krew spłynęła mi do członka. Moje oczy rozbiegły się jak wersje wydarzeń z 10 kwietnia Antoniego Macierewicza. Skołowany i przytłoczony wszechobecną zajebistością wręcz wszystkiego traciłem świadomość. Ogarnął mnie obłęd, a może myle go z wielką dawką szczęścia naraz? Sam nie wiem.

Na początek BellyBoyz w pełnym składzie, świetne 350Z Arka, genialne felgi w E46 Bambo, Marek z w końcu dobrzez zatankowanym compactem, zaraz. Czy on ma nowe… Skierowałem głowę w drugą stronę. Zapomniałem co mówiłem bo moim oczom ukazało się RX-7 FC Rysia. Czuję, że mdleję. Oliwia zaczęła mnie szczypać. Okej, nie śnię. Jedną rzecz mamy ustaloną. Jebany zdążył. Jak to genialnie się prezentuje! Mimo koloru, który odróżnia się nieco od reszty Style Bangers, ale kogo to obchodzi!? Poczułem jeszcze większy dopływ krwi do krocza, a przecież jesteśmy dopiero na samym skraju parku maszyn! Chwyciłem asekuracyjnie Oliwię za rękę i skierowaliśmy się wolnym i dość okrężnym w moim przypadku krokiem w dalszym kierunku parku maszyn. Ciężko chodzi się z flagą wciągniętą na maszt.

Wtem moim oczom ukazało się S14 i Toyota Supra od Badstyle Crew. Nie jestem w stanie wymyślić tylu pięknych słów, by opisać jakie wrażenie wyparły na mnie te auta oraz stojące za nimi PS13 downforcegarage.co.jp, które miałem okazje podziwiać już w zeszłym roku. Swoją droga uznałem je wówczas za jedno z najlepszych driftacrów na Next Level. Szkoda, że w tym roku Christoffer przemalował felgi w srebrny kolor, bowiem biały służył im zdecydowanie lepiej. Mimo wszystko to nie jedyny przypadek, gdzie kolor wyszedł autu na minus. 

Kawałek dalej ujrzałem Skyline R33 i niecodziennego compacta, którego uważam za najlepsze E36 tego eventu. Dlaczego najlepsze? A bo jego właściciel postanowił zeswapować Volkswagenowski silnik VR6. Żeby tego było mało, postanowił dodać mu nieco mocy, montując suszarkę. Nie taką do suszenia włosów – turbosuszark tfu… sprężarkę. O nim jednak nieco później, bo Oliwia szturchała mnie, żebym zwrócił uwagę na Laurela C35, AE86, Silvie S15 i dwie sztuki Skyline R32 w odrębnych stylach modyfikacji, które stały kawałek dalej. Czułem się jak dziecko rozpakowujące prezenty pod choinką. Naprawdę!? Laurel C35!? W Polsce. Na evencie driftingowym. Olbrzymie marzenie małego dziecka wewnątrz mnie zostało spełnione, a jego dopełnieniem było ukazanie się Chasera JZX100. Straciłem świadomość na jakieś 30 sekund.

Oliwia kazała mi się ogarnąć, bo nie zobaczyliśmy nawet 1/3 aut! Ciekawiło mnie co jeszcze zobaczę, ale ani ja, ani mój organizm nie byliśmy na to gotowi. Pominęliśmy AE86 Szesza, które wciąż jest genialne, ale zwczajnie spodziewaliśmy się go, dlatego naszą uwagę przykuło niespodziewane. Srebrny compact TOFUPAWŁA, no właśnie… nie był już srebrny. Paweł postanowił, pójść w ślady reszty Team Cute, a więc E36 Jimmiego i Szesza, przemalowując swoje auto na kolor… różowy. Kumam akcję, naprawdę to rozumiem, wiem nawet z której japońskiej furki zaczerpnięto kolor, ale do dziś nie jestem przekonany, czy ten kolor dobrze leży na compactcie. A ty jak uważasz?

Rozkminiałem to jeszcze na Autodromie, ale w między czasie dotarło do mnie, że przecież nie ma tutaj wszystkich zgłoszonych aut. Co z resztą? I w ten oto sposób docieramy do informacji, mówiącej o dwóch parkach maszyn, które w efekcie zdaniem wielu osób podzieliły driftcary na lepsze i gorsze, bowiem w drugim z nich próżno było szukać japońskich furek. Dobra był tam Laurel i Miata, ale głównie skupiono się na BMW. Ciężko mi uwierzyć, że to przypadkowy zabieg, ale poniekąd staram się go zrozumieć.

Drugi park maszyn to odrębna historia, mająca swoje zalety i wady. Na nie będziesz musiał jeszcze moment poczekać. Przechadzając się po nim (drugim parku) spotkać mogliśmy takie teamy jak Pentla Squad, Zip Squad, MegaBlast Speed Parts, oddzielną wulkanizację, a nawet nie zapowiadany hucznie (po zeszłorocznym brakiem zainteresowania) Next Level Stania. Zanim zdążyliśmy obejść wszystko na spokojnie, nadeszła wyczekiwana przez wszystkich informacja. Briefing odbędzie się o 11:30, a więc za 7 minut. Trzeba wrócić na początek i zająć dobre miejsca. Aaa należy też pochwalić organizatorów, którzy tym razem udostępnili scenę również kibicom, którzy wspólnie z kierowcami i mediami mogli być świadkami odprawy.

Zajęliśmy dobre miejsca i czekaliśmy. Przy okazji nadmienię, że na evencie pojawiło się 6 foodtrucków, a to już prawie tyle samo co na RACEISM. To niewątpliwy plus, bo będąc na torze z reguły jesteś zdany wyłącznie na to co możesz dostać na miejscu. Próżno szukać pizzeri w Pszczółkach, a nawet, gdy je znajdziesz to szybko okaże się, że mają tam pełne obłożenie a pizza dojedzie do Ciebie w przyszły czwartek. Wracamy więc do punktu wyjścia. Jesteś zdany na żarcie z foodtrucka, a mając ich 6, masz wybór i nie wpieprzasz 3 burgerów dziennie. Profit.

Briefing był krótki i zawierał bardzo klarowne instrukcje. Cztery flagi. Zielona, żółta, czerwona i czarna z rudą kropką. Pierwszych trzech chyba nie muszę przedstawiać. Ostatnia, czarna z rudą kropką jak się domyślacie nakazuje bezwzględne zatrzymanie się w bezpiecznym miejscu, najlepiej na trawie bo najprawodpodobniej auto gubi jakieś płyny, albo jest z nim coś nie tak. Nie żeby gubienie płynów było w porządku haha. Doszedł też zakaz opuszczania pojazdu, chyba, że auto się zapali (hie hie).

Kolejną istotną informacją o ile nie najistotniejszą stał się fakt, że zniesiono limit 5 aut na torze. Było to na tyle głupie, że w zeszłym roku generowało to niepotrzebne przestoje, a 5 aut na tak stosunkowo długi obiekt pozwalał na piesza wycieczkę do biedronki, zakup mrożonej pizzy i przyrządzenie jej na słońcu, zanim te same auto okrążało drugi raz tor. Tym razem miało być jednak inaczej. Początkowo wyjechać miało 6 aut, ale z czasem stopniowo wypuszczane miały być kolejne auta. Trasa pozostała bez zmian i prowadziła w przeciwnym do ruchu wskazówek zegara kierunku. Tradycyjnie skierowano prośbę do wszystkich kierowców, aby pierwsze kółka przejechali zapoznawczo, by wczuć się w auto i trasę, która dla wielu była zupełnie nowym doświadczeniem. Informacje przekazane, 15 minut i startujemy!

Kierowcy nie czekali nawet 2 sekund, szybko wsiedli do driftcarów i ustawili się kolejce do wyjazdu z pierwszego – pozwól, że nazwę to głównym – parku maszyn. Nic dziwnego, czekali od 9:30 by móc pojeździć. Kolejka szybko osiągnęła długość znaną z korków na Zakopiance albo autostrady A1 pod Trójmiastem. Tymczasem w drugim parku maszyn kolejka liczyła 3 auta. Słownie trzy. Kto sprytniejszy ten przejeżdżał z pierwszego do drugiego parku co gwarantowało bezproblemowy wyjazd na tor. Jak to mówią chytry dwa razy traci, lecz nie w tym przypadku.

Zaczęło się. Nawet nie wiem kto wyjechał jako pierwszy, ale to mało istotne. Wspólnie z Oliwią szybko doszliśmy do wniosku, że nikt nie dostosował się do zaleceń z briefingu na temat bezpiecznego przejazdu pierwszych kółek, no może poza obcokrajowcami. Chwile później rozpoczęły się przejazdy na pełnych obrotach! Na razie bez par.

Szybko doszło do sytuacji, w której pojawiła się pierwsza czarna flaga z rudą kropką. Poproszono o zjazd jednego z zagranicznych kierowców. Mowa o granatowym compactcie E36. W związku z tym kierowca proszony o zjazd na bok musiał czekać na instrukcje od flagowego, który swoją drogą stojąc przy wieży sędziowskiej był nieco zajęty, musiał ogarniać bowiem dość wiele aut na torze, przy okazji dając sygnały do flagowego przy pierwszym parku maszyn o możliwości wpuszczenia na tor kolejnych kierowców. I tak nasz zagraniczny kolega sobie kwitł compactem w trawie. Kilkukrotne wywoływanie przez krótkofalówkę, nie przyniosło skutku i po kolejnych kilku minutach, gdy skołowany kierowca nie wiedział co ma zrobić, chciałem sam pobiec poszukać Kakuba Jawę albo któregoś z organizatorów. Na szczęście kolejne wywołanie w krótkofalówce przyniosło efekt i kierowca został poinstruowany o konieczności zjazdu z toru. Nie wiem co było przyczyną.

W międzyczasie kierowcy ignorowali już żółtą flagę i pełnym ogniem przelatywali obok stojącego E36. Show must go on, powiedziałby klasyk. A jeśli chodzi o show ciężko szukać kogoś lepszego od Młynka z PRODRIFT-u, który totalnie zadymił całą imprezę. Nie żebym nagle stał się zwolennikiem dymiku, ale prędkość, agresywne przerzucanie masą i sporadyczne napadanie w zakręty, które podciągnąć możnaby pod backwards entries powodowały, że chciało się oglądać to widowisko. S14 jak zawsze przyciągało wzrok i moim zdaniem od pierwszych chwil, Młynek pretendował do jednego z wielu wyróżnień.

Maciej – swoją droga mój imiennik – potrafił wyróżnić się z tłumu, a to wbrew pozorom nie należało do najtrudniejszych rzeczy. Mnóstwo aut zostało bowiem świetnie dopracowanych i przygotowanych specjalnie na ten event. Niestety często nie szło to w parze ze skillem, przez co prawie każde auto jechało inną linią, co często nie pozwalało połączyć niektórych zakrętów, nie mówiąc już o tworzeniu par. Nie, to nie problem dysproporcji mocy. Po prostu więcej praktyki i w przyszłym roku będzie gucio. Takie moje zdanie.

Gdy wszyscy powoli zaczęli wjeżdżać się w trasę, ogłoszono przerwę poświęconą na prezentację aut. Choć co prawda to bardziej zagranie marketingowe potrzebne do późniejszego video, ale przemilczmy ten temat, bo właśnie wtedy wyjechali oni. Cali na różowo. Team Cute na swoich dwóch słodziutkich skuterkach, a w zasadzie to na półtora skutera, bowiem jeden był w rozmiarze mini. Swoją drogą Paweł cały ranek poświęcił na jego przygotowanie i dodanie mu charakterystycznego klaksonu. Wyglądało to przekomicznie i bardziej kojarzę go z jazdy na skuterku, niż klejeniu boków z Szeszem.

Prezentacja miała swoje plusy, jako media mogliśmy obejrzeć z bliska wszystkie samochody. Nie żebym nie mógł zrobić tego w parku maszyn, ale tam prawie każdy coś przy tych autach majstruje, a przecież głupio jest przeszkadzać w robocie. Auta ustawiły się na prostej Autodromu Pomorze w dwóch rzędach, tak by dron mógł nad nimi przelecieć. Nikt jednak nie założył, że problemem okaże się czynnik ludzki. Ludzie bowiem nie rozumieli, komunikatu o usunięciu się z toru, a to generowało kolejne opóźnienie czasowe.

Niektórym znudziło się stanie i wrócili do parku maszyn szykując się już do końca przerwy związanej z “prezentacją”. Ta przerwa jednak miała swoje plusy. Kierowcy tak martwili się o to, że się nie wyjeżdżą, że w końcu w okolicach 17:00 razem z Flichem doszliśmy do wniosku, że w końcu zaczęło się tutaj coś dziać. Szybciej, bliżej, bardziej widowiskowo i w końcu zczęły się tworzyć pierwsze sensowne pary.

Tyczy się to prawie wszystkich oprócz Pentla Squad, które po raz kolejny od samego początku udowadniało, że zwykłe, poczciwe E36 nadal jest świetną bazą na driftcar. Jeździli w cztery, a może nawet pięć aut. Przyznam, że ciężko je policzyć, gdy auta jadą w trainie tak blisko siebie przez całą nitkę toru, raz za razem! NIEPRAWDOPODOBNE. PRZEJEBANIE PIĘKNE. Prawdopodobnie najlepsze co mogliście zobaczyć na Next Level jeśli chodzi o jazdę w parach. Dosłownie.

Hej? Jesteś tu jeszcze? Pamiętasz zeszłoroczne S14 Eddiego Trinksa? Jego styl jazdy? Przyznam, że strasznie czekałem, by zobaczyć to auto i Eddiego ponownie na Autodromie Pomorze. Niestety zawiodłem się. Wcale nie przez to, że niemal seryjne od wizualnej strony S14 zmieniło się nie do poznania. To nie przez nowe body czy zmianę koloru. Powód przez który się zawiodłem nie jest nawet winą Eddiego. Po prostu jego 1JZ-GTE zaprotestowało przejawiając to w UPG (Uszczelce Pod Głowicą). W ten sposób straciliśmy kolejnego mocnego “zawodnika”.

Na szczęście jego rolę przejął wspomniany już Młynek, a brak Adama Maciejewskiego po części zastąpił Ryś swoją Mazdą RX-7 FC, a od strony audio przez Konrada Kułaka i jego ultra głośne E36, które tym razem nie było już mi straszne, bowiem już raz przez niego straciłem słuch (RACEISM) więc drugi raz nie było to możliwe.

Mijały kolejne godziny, niezliczone driftcary przemykały obok nas, a my marzyliśmy tylko o jedzeniu. W końcu nastała kolejna przerwa. Szybko pomknęliśmy do gastronomicznego przybytku fooddtrucków i zdecydowaliśmy się, na zapiekanki – głównie przez prawie zerową kolejkę co nas nieco zdziwiło, bo zapiekanki były naprawdę zajebiste. Nasz przystanek do wieczornej i nocnej sesji, a więc żarełko – odhaczone. 

Nie sposób było jednak nie skorzystać z przywilejów matki natury i golden hour. Poza tym przerwa korzystnie sprzyjała kierowcom, którzy mogli w spokoju dokonać poprawek i podliczyć straty w swoich driftcarach. No i… w spokoju odstać w kolejce do wulkanizacji. My tymczasem korzystaliśmy z przywilejów Multivana Romana, który był naszym stałym punktem spotkań, zaraz obok namiotu Team Cute, gdzie stacjonował compact powyższego jegomościa.

Uzupełniając zapasy płynów, postanowiliśmy działać! Oliwia wyruszyła w jedną stronę, a ja w drugą. Pora na najlepsze zdjęcia tego dnia! Pora na ziomkowanie. Pora na zdobycie potrzebnych informacji! Pora na lody Koral!

Karolowy, tfu! znaczy Koralowy był z pewnością kolor lakieru na RX-7 Rysia, złośliwie nazywany CAROTENEM, że od marchewki bo wiecie auto niby pomarańczowe. IMO osoby, które uważają, że ten kolor jest pomarańczowy, powinny najpierw wyciągnąć głęboko wsadzonego ch*ja z oczu. To czerwony i nie próbujcie z tym handlować. Nie mówię o powyższym zdjęciu, tutaj doszedł golden hour i późna pora więc odcień auta jest ciemniejszy niż w rzeczywistości, ale to auto w żadnym wypadku nie jest pomarańczowe, a moim zdaniem jest nawet w ładniejszym odcieniu niż reszta aut Style Bangers. Handlujcie z tym. *Wpierdol za 3..2..1..* Bądź co bądź widok tego auta, prędko mi się nie znudzi.

Tak samo jak nie nudzi mi się wygląd compact E46 Radka z ProDriftu. To wciąż to samo E46, które lata temu widziałem m.in. na Torze Poznań. W dodatku nadal z dieslem. Jeśli pamiętasz, compact ma od pewnego czasu komin wystający ponad maskę, który efektownie wyrzuca chmury czarnego dymu, na parę metrów, zupełnie prawie jak ciuchcia. A to przywodzi na myśl tylko jedną pieśń: “Parostatkiem w piękny rejs, statkiem na parę w piękny rejs” – jak śpiewał Karol Krawczyk. Zaraz, nie! Ten był przecież motorniczym… Krzysztof! Tak Krzysztof Krawczyk. Badum tss…

Zaraz obok stał Wróbel, a w zasadzie jego E30 z nim w środku. Zmartwiłem się. Auto stąlo bowiem non stop w jednym kawałku. Dlaczego to mnie martwiło? A no wiesz… Dowiedziałem się, że Łukasz ma w planach wydachowanie swojego BMW na Next Level. Pozwoliłoby to na dobre zapisać się w kartach historii tego wydarzenia. Póki co, sobota wieczór i humor wcale nie gituwa. Cisza i spokój.

No może nie do końca, bo niektórzyt zaczęli już imprezować. Oj Ci to mieli w bani. Nie wiem kim, ani od kogo byliście, ale serio dodaliście mega dużo kolorytu temu wydarzeniu. Poczułem się znów jak na Drift O… jak na innym wydarzeniu, ale nie mówię tego w negatywnym sensie.

W międzyczasie Wróbel w końcu wcielił swój plan w życie i uczestniczył w crashu, w którym zrobił dupę w trójkąt. “Jeszcze nie wydachowane, ale idziemy w dobrym kierunku” – pomyślałem. Chwilę później zrozumiałem, że z dachowanka nici. Łukasz zbyt przejął się uszkodzeniami i rozpoczęła się akcja naprawcza jego BMW, która trwała z dobrą godzinę. Finalnie E30 udało się złożyć do kupy i wyglądało prawie tak dobrze, jak przed kolizją. Polak potrafi.

Czy masz jeszcze wątpliwości na temat istnienia pradawnego compactnatii? Czyli tajnej grupy, której celem było wprowadzenie kultu nienawiści do 3/4 BMW, by następnie skupować je taniej od innych wersji nadwoziowych, wyczekać, przerobić je na świetne driftcary przy 1/4 budżetu i puścić za 3/4 wartości więcej? Compactowcy założyli sobie również plan dominacji nad każdym grassrootowym eventem driftingowym i w ten sposób próbują podbić świat. Dlaczego zatem na evencie było tylko 5 compactów? Odpowiedź na powyższym zdjęciu. Compactów na jednym evencie może być maksymalnie tyle, ile palcy u jednej ręi. Każdy ma bowiem przypisany numer, który wiąże się z odpowiednim pozdrowieniem czyli wystawieniem ręki o odpowiedniej liczbie palcy za okno. Coś jak trójkąt z wszechwiedzącym okiem illuminatów. K*rwa. Mocne trzepie te zioło.

Nim odzyskałem świadomość, ściemniło się. Oliwia zaprotestowała wyjścia na tor, wolała bowiem zostać przy parku maszyn i obserwować jak kierowcy ładują się w pierwszy zakręt. Ja tymczasem wolałem dzialać i nałapać możliwie jak najwięcej kadrów, jak ten powyższy z Konradem. Niestety zdjęcie prawdopodobnie najniższego E36 w Polsce nie przedstawia iskier jakie co chwila wydobywały się spod podłużnic, którymi Konrad szurał niemiłosiernie, naśladując Adama Maciejewskiego z zeszłego roku.

PRODRIFT to już w ogóle oddzielna historia, dla nich jeden ch*j, czy jest dzień czy noc. Muszą ładnie upierdalać po tej Warszawie nocami, bo naprawdę ciemność im nie straszna. Młynek smażył jeszcze bardziej odważnie niż w dzień. Tu w ogóle pojawia się ciekawostka, bo większość kierowców jeździła lepiej w nocy. Ty też to zauważyłeś? Czy to dlatego, że nocami trenują? O co tutaj chodzi?

Nie miałem czasu na tę rozkminę, bo punktualnie o 22:00 zakończyły się jazdy, bo wiesz. Cisza nocna i te sprawy. Jednak nikt nie zamierzał opuszczać toru. Rozpoczęła się najbardziej dzika impreza na torze w jakiej miałem okazję brać udział. A brałem udział już w niejednej dzikiej imprezie,m a tak w ogóle byłem na dwóch Summer Campach, więc wiem co to dobra zabawa… koleżanko. Wiem co mówię, ale nie spodziewałem się, że w rolę głównego wodzireja wcieli się Michał Szupiluk. Po evencie rozmawiałem z nim i on chyba też się tego nie spodziewał. O tych wojażach jeszcze napiszę, postanowiłem poświęcić im odrębny punkt w mojej liście. Tymczasem nie pozostało nam nic innego jak po zakończonej wixie skorzystać z uprzejmości Andrzeja i jego propozycji podwózki do hotelu, gdzie wypompowani z energii wróciliśmy i położyliśmy się spać z nadzieją, że odeśpimy chociaż część zeszłej nocy.

Dzień drugi – Niedziela x NEXT LEVEL 2019

08:30 Pik pik… Pik pik… Znów ten pieprzony budzik. Tym razem jednak nie protestuję. Muszę wstać, ogarnąć się i zjeść śniadanie. Oliwia bierze prysznic… Cóż poratuje się pryncypałką… albo nie, pewnie je policzyła. Wpadam w paranoje. Tym razem, tak dla odmiany, na śniadaniu pojawiamy się jako pierwsi. Chwile po nas pojawiły się pierwsze śmieszki z BellyBoyz, nie tracąc jednak czasu, uwaga teraz pstryknę palcami. *Pstryk*

Znajdujemy się na torze, gdzie już za kilka chwil rozpocznie się niedzielny briefing. Wszyscy przybli jacyś tacy zmarnowani, skacowni nie wiem. Przy okazji, nie wspomniałem nic o pogodzie, a ta mimo wielu wcześniejszych prognoz zapowiadających deszcz na weekend niedzielę się bardzo łaskawa i przez całe wydarzenie nie spadła chyba ani jedna kropla.

Odprawa, czy jak wolisz – briefing – odbył się bez przeszkód, ale z lekkim opóźnieniem. Pochwalono wszystkich za to, że sobota przebiegła bez większych problemów. Zwrócono raz jeszcze uwagę na flagi i błąd wielu kierowców, którzy widząc np. czerwoną flagę wciskali momentalnie hamulec do oporu, nie upewniając się przy tym, czy nie znajduje się za nimi jakieś auto, które próbowało np. skleić parę.

Niedziela ściągnęła simlocki z reszty kierowców, którzy nie bojąc się już o to, że nie dotrwają do końca eventu, zaczęli jeździć w parach. Próbować. Nawet Style Bangers korzystali z okazji, gdy nikogo nie było na torze, żeby wyjechać i pouplać na chwilę w spokoju i bez obaw.

Pośród nich najlepiej prezentował się Jacek w Lexusie IS. Jako jedyny miał w miarę spoko linię, auto podawało jak powinno, a sam Lexus wyglądał przejebanie dobrze jadąc bokiem, co nie jest takie oczywiste w przypadku europejskiego odpowiednika Altezzy.

Wszystko układało się wspaniale, Tye wjeździł się w S13, nie zapominając o fladze Australii. Jaden chyba też, choć jego dość rzadko widywałem na torze, podobnie jak gości z POLDERLIFE, w pierwszej chwili gdy o nich usłyszałem to bałem się, że na Next Levelu upalać będą Polonezy…

Na szczęście myliłem się i obok świetnego E36 ekipe zasilało S13 z silnikiem, który w Polsce widziano ostatnio w 2007 roku. Mowa o KA24E, który swoją drogą wychodził również w Patrolu. To oryginalny silnik montowany w Nissanach 240SX, który legitymował się mocą 140 koni mechanicznych. Generował więc tyle samo mocy co o 0.6 litra mniejsze M42B18. Tutaj jednak właściciel pokusił się o dołożenie turbosprężarki, co w USA jest normą przy tych silnikach. Niestety nie miałem szczęście oglądać tego auta w ruchu zbyt często. Nie tak często jakbym chciał. To akurat pasuje też do AE Szesza, które lwią część czasu stało w parku maszyn.

Impreza pięknie się rozkręcała AE86 z Niemiec podawało jak wściekłe, Gobla pokazywał jak jeździ się delfinem, ktoś inny zajadał się burgerkiem, w ogóle było idealnie. Nic nie wskazywało, że miałoby się to zmienić do pewnego momentu. Na torze zdarzył się bardzo poważnie wyglądający wypadek. Była chwila strachu, wonsy i inni przedstawiciele władzy, ale ostatecznie wszystko dobrze się skończyło i po dość długim przestoju, sprawy wróciły na właściwe tory i można było przejść do podsumowania imprezy. O wyróznieniach i sposobie ich przyznawania opowiem Ci za chwile. 

Po wręczeniu niewszystkich zaplanowanych wyróżnień, wznowiono jazdy, zakazując jendocześnie mediom wyjścia na tor, poza dwoma strefami, które w połowie pokrywały się z terenem dla widzów. To tak mega w skrócie. Tym samym stwierdziliśmy z Oliwią, że nic tu po nas i spakowaliśmy swoje manatki, kierując się w kierunku wyjścia. Tak zakończyła się nasza przygoda z Next Level ’19 na Autodromie Pomorze w Pszczółkach. Z pewnością wrócimy tu w przyszłym roku!

10 najważniejszych dla mnie rzeczy z NEXT LEVEL 2019

10. Niepowtarzalny klimat Next Level – wiem, znów przynudzam.

Dla mnie Next Level to nie tylko najlepsze furki, kierowcy i samochody. NLD to event, który tak samo jak każdy inny tworzą ludzie, dzięki którym to właśnie ten jeden weekend w roku staje się wyjątkowy. Wyróżnia się on na tyle, że potrafi przyciągnąć do siebie osoby z drugiego końca globu w dodatku broniąc się na tyle, by te osoby wracały tu ponownie.

To jedna z niewielu okazji w roku by spotkać się z wszystkimi znajomymi, których zajawką również jest drifting i wymienić doświadczenia, pomysły i rozwinąć się, przejść na kolejny level, by finalnie powrócić w przyszłym roku. Silniejszym. Lepszym. Z bardziej dopracowaną furką, wzbogaconą o dodatkowe pomysły i modyfikacje. Tyczy się to nie tylko furek. Jeśli jesteś członkiem mediów, pogadaj o zdjęciach na pewno nauczysz się czegoś nowego. Jesteś widzem? Cóż, poznaj kogoś, nawiąż nowe znajomości, pozwól się porwać Next Levelowemu szaleństwu, a być może za rok, dwa, pięć przyjedziesz tu własną furką i to Ciebie będą oglądać. Pomyśl o tym.

Event wspiera rozwój. Nawet jeśli jednego roku zostałeś przyjęty, nie masz pewności, że w przyszłym roku stanie się to ponownie. Ma to swoje plusy i minusy. W ten sposób Eddie Trinks zmodyfikował swojego Nissana S14, Paweł Paszek zmienił barwy swojego compacta, downforcegarage.co.jp zmienił kolor felg, a reszta postawiła na mniejsze korekty i dopracowanie niedoróbek, co również zasługuje na wyróżnienie bo tutaj liczą się detale. Nieważne jaką masz wymówkę, jeśli chcesz, możesz wszystko. Możesz zbudować driftcar, możesz dostać się na Next Level, tylko najpierw musisz chcieć i zgodzić się na pewne wyrzeczenia, ale to wyłącznie od Ciebie zależy w jakiej roli weźmiesz udział w Next Level Drift za rok.

9. Jakość organizacji – progi, opony, wkrętarki i “kradzieże”.

Na wyróżnienie zasługuje również cała oprawa wydarzenia. Podobnie jak w zeszłym roku, zaraz po przekroczeniu bramy i wejściu do parku maszyn naszym oczom ukazywał się caly rząd flag Next Level, do którego w tym roku dołączyło olbrzymie płótno z tym samym logotoypem na prostej startowej. Podobieństwa do RACEISM nie są przypadkowe. Robiło to piorunujące wrażenie i potęgowało profesjonalizm tego przedsięwzięcia.

Bardzo pozytywne wrażenie wywarły na mnie też wspomniane już kilkukrotnie liczne foodtrucki przybyłe na event oraz wspomniany już fakt ustawienia sceny w miejscu, w której widoczny był on dla kibiców. Cieszyło również odpowiednie zabezpieczenie imprezy, przynajmniej od strony wynajętej firmy ochroniarskiej. Prawdopodobieństwo tego, że prześlizgniesz się do parku maszyn nie posiadając opaski było znikome. Jeśli nawet udało Ci się tego dokonać, organizatorzy i ochrona chodzili również pomiędzy autami i wyłapywali co drugiego cwaniaczka.

Event jak co roku wzbogacony był o prezentacje driftingu RC. Muszę przyznać, że mało siedzę w tym temacie, ale chyba się zagłębię, bowiem poziom nadwozi tych modeli, jest równie wysoki co ich odpowiedników w skali 1:1 i z roku na rok rośnie! Jeśli nie masz wielkiego budżetu, a chcesz rozpocząć przygodę z driftingiem, być może jest to jakieś rozwiązanie.

Rozwiązaniem nie są natomiast kradzieże. Tutaj uprzedzając komentarz Bambo – który swoją drogą również jeździł bardzo spoko – napiszę grzecznie w kierunku Konrada: Rysiu oddaj wkrętarke Piotrusiowi. Pożyczona i nie zwrócona wkrętarka to jednak nic w porównaniu do pozostawieniu na torze elementów nadwozia czy opon jak m.in. progi do S13 Kacpra, opony ekipy z Radomia itd. Jeśli łapiesz się teraz za głowę, zastanawiając się jak to w ogóle możliwe, to przypomnę, że po Summer Campie były osoby, które zapomniały zabrać ze sobą swój dyfer.

7. M4 – zaraz czy to… driftuje?! O.o

Jeśli interesujesz się stancem, a nawet driftingiem to z pewnością nie jest ci obce M4 należące do @goodchubby s. Auto mogłeś widzieć niejednokrotnie na RACEISM, relacjach z Wörthersee, czy innych motoryzayjnych wydarzeniach. A co jeśli powiedziałbym Ci, że niepowtarzalne M4 z bodykitem od Khyzyla Saleema upierdala bokiem? Pewnie byś mnie wyśmiał. Ba! Sam bym się wyśmiał.

Mimo wszystko właśnie to stało się na Next Level ’19. M4 zrobiła kilka kółek bokiem! Mówię tutaj o łączeniu zakrętów, a nie wchodzeniu wszędzie z łapy. Auto robiło piorunujące wrażenie i to jedna z najlepszych rzeczy jaką mogliście widzieć w internecie, na żywo, na YouTube, w gaziecie, kurka wszędzie! BMW robi jeszcze lepsze wrażenie sunąc bokiem, niż gdy stoi! WSPA-NIA-ŁE.

6. Najgorzej spędzony Next Level – I Believe i can fly! I Believe i can touch the sky!

Chwila grozy. Moment w którym krew wszystkich na sekundę przestała płynąć. Być może część z was tego nie wie, ale mniej więcej w połowie niedzielnego dnia miał miejsce wypadek. Szesz i Rich, którzy jak już gdzieś wspomniałem, odpuszczali ostatnią szykanę, by napędzić się przed ostatnim zakrętem robili to raz za razem. Niestety, ten jeden raz coś nie zagrało i Szesza złapało pobocze lecąc bezwładnie w agro i kosząc przy tym niczego nie spodziewającego się fotografa, który stał plecami do zbliżającego się auta. Momentalnie do akcji wkroczyła karetka i odpowiednie służby, a wszyscy instynktownie przybiegli zobaczyć co się stało.

Dowiedzieliśmy się, że to jeden z obcokrajowców. Rozpoczął się przestój, na miejsce  przyjechała policja. Każdy zadawał sobie pytanie, co z tym gościem? Wyjdzie z tego? Czy event zostanie przerwany? Ziomek został przetransportowany do szpitala. Stamtąd nadeszły dobre wieści, pacjent jest cały i nie doznał żadnych poważniejszych uszczerbków na zdrowiu. Sprawa zamknięta, pacjent ma się dobrze. Niestety nie pamięta nic co działo się przez weekend, ale jak sam pisał od tego by sobie przypomnieć, ma zdjęcia, które sam wykonał haha. Groźna, ale na szczęście pozytywnie zakończona sprawa.

5. Popierdoliło z tymi swapami M50, VR6 turbo ca18det

Od kiedy import aut z Japonii stał się bardziej popularny w tej części Europy, zauważyć można coraz więcej nietuzinkowych aut. Już w samym parku maszyn zobaczyć mogliśmy więcej japońskich furek niż BMW. Okej było tak poniekąd dlatego, że niemal wszystkie BMW wyeksportowano do drugiego parku maszyn, ale i tak przechadzając się po tym “głównym” nie trudno było znaleźć takie auta jak JZX100 Chaser, JZA90 Supra, R33 Skyline, R32 Skyline, Nissan S15 itp. Tak więc zakup japońskiej furki już nie wystarczy, by wyróżnić się z tłumu.

Tak oto rozpocząła się era, swapowania wszystkiego co się da do wszystkiego co się da. Wyobraźcie sobie, że na evencie było pięć Nissanów S13, a tylko dwa z nich posiadały japońskie silniki. No dobra trzy bo KA24E – ale to bardziej USDM. Jak myślisz, co mogliśmy znaleźć w pozostałych? Amerykańskie V8? Bzdura. Dobrze znane w Polsce R6 z BMW. W końcu jakieś bezawaryjne Nissany he he he. Można by się tak śmiać, gdyby nie fakt, że silniki z BMW dawały sobie świetnie radę!

Prawie równie dobrze sprawdzał się setup Compacta E36 z silnikiem VR6 Turbo z Volkswagena. Byłoby lepiej, gdyby auto nie miało problemów z przegrzewaniem, przez co niemal co 2 kółka potrzebne były kolejne 2, by auto nieco schłodzić. To i tak przynosiło różny skutek. Mimo wszystko to jedno z moich ulubionych E36 na evencie i mam nadzieję, że będziemy mogli podziwiać je jeszcze w przyszłości!

4. S14 Arka w końcu jeździ! *Przecieram oczy ze zdumienia*

Równie wielką nadzieję mam na to, że jeszcze kiedyś ujrzę lecące bokiem S14 Arka Tatary lub jak wolisz Janusza. W ogóle, śmieszna sprawa bo nie spodziwałem się, że zobaczę to auto jadące bokiem na torze. Chciałbym zobaczyć własną minę, gdy fotografując któreś z kolei E36, nagle na horyzoncie wyłoniło mi się się całe Style Bangers, tzn. przynajmniej wszyscy obecni na evencie członkowie. A gdzieś pośród nich upierdalający Janusz, swoim S14 2JZ-GTE. Kojarzę tylko, że stanąłem jak wryty, przecierając dla beki oczy ze zdumienia – stąd też niewiele zdjęć tego auta w ruchu. Nissan proszę Państwa po latach niedoli, problemów i wiecznych awarii, zaczął jeździć! Przynajmniej do momentu, aż się nie popsuł. Progress jest! Oby tak dalej.

3. Nocne życie – gnuj w hotelu i to co na torze w nocy. fatclan vs cbcbcbcb

Niekoniecznie kontynuowałbym za to nocną wixę z soboty na niedzielę. To co się tam działo, przerosło wszelkie granice. Na pewno granice osób z zagranicy hiehie. Budząc się następnego dnia i sprawdzając social media, nie sposób było przejść, a raczej przesunąć obojętnie instastory dowolnej zagranicznej ekipy będącej poprzedniej nocy na torze. Instastory w stylu: “Literally no one, Polish people:” i Polaków odpierdalających jakiś szajs było pod dostatkiem, żeby zapaść się ze wstydu pod ziemię. Z drugiej strony, no właśnie czego tu się wstydzić? W końcu oni wixowali razem z nami.

Na licznych filmikach wyłonił się i on. Lider wixy. Michał Szupiluk, prawdziwy kierownik imprezy, który bardzo szybko przejął kameralną posiadówkę Fatclanu i przerodził ją w wielki muzyczny pojedynek dwóch obozów. Tej nocy staliśmy się świadkami muzyczno-tanecznej bitwy Fatclanu z City Breakout. Warszawska ekipa musiała uznać wyższość Panów z Małopolski, którzy dysponowali większą mocą głośnika. Na nic nie zdało się podnoszenie słabszego głośnika nad głowę, darcie ryja i próby pojedynków tanecznych. Sprawa z góry była przegrana.

W pewnym momencie  pojawił się nawet FiJi z mikrofonem, który jak mniemam chciał uspokoić obie grupy, które zlały się w jedną i przechodząc z jednego końca parku maszyn na drugi odpierdalała jakiś szajs. Ciężko jednak zachować powagę, gdy tłum porywał każdego na swojej drodze. Zastanawiasz się pewnie, jak to się skończyło? A no, wjechała ochrona, która groziła, że wypierdoli na głupi ryj każdego kto w przeciągu 2 minut nie opuści terenu toru, zwracając przy tym uwagę na patrol Policji przy rondzie wyjazdowym z toru i tak o. W pełni trzeźwi wróciliśmy, po raz kolejny dzięki uprzejmości Andrzeja do hotelu, a w podróży tym razem towarzyszył nam również Santi, który jednak tracił kontakt z rzeczywistością i na tekst jesteśmy na miejscu, zaczął wypakowywać swoje rzeczy, mimo, że był nie pod swoim hotelem. Wieczorna wixa przeniosła się pod Bartnik, gdzie nieliczne niedobitki, dokończyli co mieli i tak jak my skierowali się ku swoim pokojom.

2. Moje ulubione auta – przerost formy nad treścią nie jest mile widziany.

Jakoś w sobotę popołudniu spotykając Michała Madziara, poznaliśmy kręcącą się przy nim koleżankę, która zabiła mnie/nas pytaniem “Które auto najbardziej Wam się podoba?”. Odpowiedź w przypadku Oliwii była dość prosta i szybsza od zupki instant Vifona – Toyota JZX100 Chaser. WOW, ja nie potrafiłem tak szybko udzielić odpowiedzi. Zawiesiłem się jak Windows 98 na prezentacji Microsoftu.

To pytanie prześladowało mnie przez cały weekend i chyba nie znalazłem na nie odpowiedzi po dziś, ale z pewnością w mojej głowie pojawiło się TOP3, które zaraz przedstawię. Kolejność przypadkowa.

Nie powinien zdziwić Cię fakt, że spośród tylu świetnych driftcarów w moim prywatnym TOP3 znalazł się  Laurel C35 z Niemiec. Przypomnę tylko, że auto na 7 tygodni przed eventem zostało dość mocno rozbite. Auto udało się poskładać na 2 dni przed eventem i przebyć 1400 km, by zdążyć na Next Level. Świetne i bardzo rzadkie auto w Europie, wzbogacone o bodykit Car Modify Wonder z błotnikami DMAX, felgi SSR Vienna Sovereign i Courage i ohydną zaślepkę szyberdachu. Prawie kompletnie o tym zapomniałem. Cóż w takim razie mam tylko TOP2. Zostając jeszcze chwile przy Laurelu, chciałbym zwrócić uwagę, że podobnie jak reszta obcokrajowców na evencie, również Ado nie oszczędzał swojego egzemplarza. Z łatwością mogłeś to zauważyć. Auto było wręcz hłostane, a sam Adnan zdawał się nie słyszeć próśb organizatorów na briefiengu o zakazie robienia manji na prostej startowej, a to wychodziło mu bardzo efektownie! Przejdźmy jednak do kolejnego auta.

Istnieją takie auta i bodykity, które się kocha albo nienawidzi. Na przykład Nissan Silvia S15, większość z nich go kocha, ale dodajmy do niego niegdyś popularny, a obecnie znienawidzony przez masy pakiet Rocket Bunny i stajemy się świadkami dysonansu poznawczego. To jak? Fajne to auto, czy jednak nie? Mimo, że Rocket Bunny to kompletnie nie moja bajka to dla mnie S15 było jednym z najlepszych aut tego eventu. Strasznie doceniam poziom dopracowania wszelkich szczegółów w tym aucie, włożonych środków, lakieru i oklejenia, ale najbardziej faktu, że pod maską został SR20DET! To się nie zdarza. Byłem pewny, że pod maską znajdę 2JZ, kiedy pierwszy raz ujrzałem ten driftcar. Jeszcze bardziej podziwiam, że mając tak dopracowane auto, James Tooley, nie bał się wyjechać nim na tor i upalać bez przeszkód. To jeden z częściej widywanych przeze mnie driftcarów zagranicznych na torze. Zwróciłem na niego uwagę bo poziom dopracowania był bliski, – oczywiście tylko od strony wizualnej – autom Piotra Więcka i Jamesa Deana, którzy podbijają FormulaD używając tej samej platformy i body.

Z trzecim autem, będe nieco monotematyczny. Nie zaskoczę Cię tym razem, bo to jedyne S-Chassis które potrafiło przykuć moją uwagę dostatecznie długo, by sos z jedzonych frytek zdążył spłynąć mi z ramienia, aż do kostek zanim w ogóle zdążyłem się zorientować, że się poplamiłem. Strasznie kocham Nissana PS13 należące do Christoffera “Totte” Petterssona i to on sprawia, że marzy mi się ta buda. Wciąż jednak nie potrafię przekonać się do tegorocznej – srebrnej – odmiany TE37. Okej ale ile mogę gadać o felgach… Styl jazdy, poczynając od linii, umiejętności jazdy jako chase i gonienia przeciwników podjeżdżając im pod drzwi w dość stonowanym aucie, którego modyfikacje oceniłbym na OEM+ sprawiają, że w moim odczuciu to dla mnie chyba TOP1 tego eventu. Cóż, bywam stronniczy.

1. Statuetki Next Level dla najlepszych aut i kierowców – mam wrażenie, że wybierane były na szybko.

Pytanie czy stronniczy byli też organizatorzy rozdając wyróżnienia? Co roku, każdy Next Level podsumowywany jest na scenie poprzez wręczenie wyróżnień poszczególnym kierowcom. Przyznam, że co roku kompletnie o tym elemencie wydarzenia zapominam. Za każdym razem, gdy przyznawane są nagrody zastanawiam się czy osoby, które je otrzymują, rzeczywiście na nie zasłużyły. Z całym szacunkiem, ale z paroma werdyktami bym trochę polemizował. Jednak to nie mój event i nie ja rozdaje wyróżnienia w związku z tym zobaczmy, kto i za co odebrał statuetkę NLD ’19.

Zacznę w takiej kolejności w jakiej FiJi wyczytywał wyróżnionych ze sceny. Rozpoczynamy więc od Next Level Team ’19 i tutaj bez zaskoczenia pierwsza i w pełni zasłużona nagroda trafiła to teamu Pentla Squad, który jak już wielokrotnie mówiłem i wspominałem np. przy wpisie z RACEISM jest na tę chwilę jedynym kompletnym teamem w Polsce, który potrafi jeździć razem w trainach na okrągło. Coś niebywałego, wspaniałego i naprawdę kłaniam się, bo nagroda w pełni zasłużona.

Drugim takim teamem (to już poza wyróżnieniami NLD) jest dla mnie Doriminati, które zauważyło, w czym tkwi potęga Pentli i tak jak oni zaczęli jeździć razem w trainach. Świetnie się to ogląda, a byłoby jeszcze lepiej gdyby na miejscu pojawiłsię też Boss ze swoim Aristo. Zapewne wtedy Doriminati odebrało by drugą statuetkę w tej kategorii, ta tym razem przypadła jednak komu innemu. Otrzymało je Badstyle Crew za fakt, spersonalizowania swoich aut, tak by były one razem spójne. Udało się. Co prawda, Supra jeździła w moim odczuciu bardzo mało, S14 tylko niewiele więcej, ale nie o jazdę (chyba) chodziło w tym wyróżnieniu.

Wyróżnienie za tzw. największego wariata wśród par czyli Next Level Tandem Freak ’19 zgarnął na dzień dobry PaBBlos z Doriminati, którego stylowi jazdy przyglądam się już od jakiegoś czasu i muszę przyznać, że faktycznie dojeżdżał innych całkiem efektownie i świetnie prezentował się w trainach. Gdy takich nie było, próbował sam doklejać się do innych par, a to na tym evencie było mało spotykane.

Strasznie zgadzam się z przyznaniem wyróżnienia Christofferowi z downforcegarage.co.jp, który w porównaniu do zeszłego roku częściej jeździł w parach. Jego “ataki” oraz doklejanie się do drzwi i pozostawanie przy nich tak długo jak to możliwe, były książkowym przykładem jak jeździć S-Chassis. Styl jazdy nie był może mega agresywny co schludny, bowiem ze spokojem jak łódka na jeziorze przekładał się z jednego boku do drugiego kopiując ruchy uciekającego. Czy wspominałem, jak bardzo podoba mi się to auto?

Ostatnie wyróżnienie w tej kategorii przypadło Szeszowi, który świetnie kleił się do Pawła Paszka i jego charakterystycznego compacta E36. Muszę przyznać, że Szesz zaczął jeździć na podobnym poziomie jak przed dzwonem na pierwszym Summer Drift Camp. Płynnie, agresywnie i szybko, co niestety w jego przypadku wiązało się często z odpuszczaniem najbardziej efektownej szykany przed ostatnim zakrętem. Przejdźmy jednak do obieżyświatów.

Next Level Globetroter ’19 myślisz pewnie “Nic nowego” spodziewając się nagrodzenia Tye Jeffa, który ponownie z Australii przez Szwecję dotarł do Polski. Nic bardziej mylnego. Nagroda trafiła do Jadena Searle. Mowa o drugim z Australijczyków przybyłych na event. Tak było ich dwóch. Warto przy tym dodać, że na prośbę organizatorów, Jaden w zaledwie 3 dni zmienił niemal całkowicie wygląd użyczonego mu przez Goblę wiśniowego sedana E46.

Australijczyk tylko czekał żeby wejść na scenę, na której czuł się jak ryba w wodzie. Wiedział, że wszyscy zebrani będą oczekiwać wykonania przez niego shoey, więc przezornie wziął ze sobą puszkę Kasztelana – taki tam product placement – i zrobił to! Co za ziomek! Swoją drogą Jaden to mega skillowy kierowca i jak na przesiadkę do BMW, które nie jest mu najbliższe, dawał sobie świetnie radę! Chciałbym mieć okazję, przyjrzeć się ponownie jego stylowi jazdy, tym razem w jakimś Nissanie. Heh, marzenia.

Ahh… no tak byłbym zapomniał Next Level Forever Broken ’19 tu mam problem. Kierując się pod scenę, byłem święcie przekonany o tym, że to wyróżnienie zgarnie Eddie Trinks, bo czy w ogóle przejechał jakieś okrążenie? Mniejsza o to, bo wyróżnienie odebrał Janusz vel Arkadiusz Tatara, którego Nissana S14 sunącego bokiem, widziałem pierwszy raz od… od… w ogóle chyba pierwszy raz (XD) i pewnie dlatego zgarnął to wyróżnienie.

Na koniec pozostawiono chyba najważniejsze i najbardziej dyskusyjne nagrody Next Level Best Driftcar ’19. W moim odczuciu cholernie ciężka nagroda do przyznania. Mnóstwo mega dopracowanych aut na wyciągnięcie ręki, Toyoty, Nissany, BMW, Mazdy czego tylko dusza zapragnie, a wyróżnienia raptem trzy.

Pierwsze wyróżnienie trafiło do ekipy Makosa Street Boys i Bete-iego, a dokładniej jego Nissana S13 wyposażonego w silnik M50 z kompresorem! Auto w zasadzie od kupki różnokolorowych elementów nadwozia w jeden z najlepszych driftcarów na Next Level przerodziło się w zaledwie nieco ponad tydzień! Olbrzymi zakres prac, łącznie z fabrykacją i malowaniem nadwozia w tydzień? Widziałeś to już gdzieś? Okej, dobra, nie taguj Rysia. W ogóle zabawne, ale mnóstwo kierowców na NLD miało do wykonania o wiele mniej pracy  przed eventem, a i tak mieli problem wyrobić się od zeszłego roku haha.

Można powiedzieć, że najlepsze driftcary na Next Level zostały zdominowane przez jedną markę – Nissana. Drugie z wyróżnień przypadło bowiem S13 z CA18DET, które używał z powodzeniem Tye Jeff, natomiast ostatnie powędrowało do Brytyjczyka, Darena poruszającego się fioletowo-różowym (co to w ogóle za kolor?) Nissanem Skyline R32. W moim odczuciu Skyline Darena jak i białe R33 z Niemiec robiły chyba najlepszą robotę na spółę z Młynkiem jeśli chodzi o widowiskowość swych przejazdów i jazdę na 100% możliwości, co wiązało się niejednokrotnie z łapaniem pobocza! Duże jajca!

Podsumowanie

To był nerwowy weekend. Zmiana pokoju hotelowego. Oliwia podkradająca mi obiektywy. Bieganie z jednego końca toru na drugi. I po co to wszystko? Oczywiście, po to by spędzić jeden z najbardziej niezapomnianych weekendów w życiu. Możecie mi nie wierzyć, choć z zasady nie ukrywam żadnych niedociągnięć, ale zapytajcie kogokolwiek o to, jak było na Next Level, a GWARANTUJĘ Wam, że każdy wystawi temu wydarzeniu doskonałą ocenę.

Jestem całkiem pewny, że przez lata pisania o driftingu znalazłem przynajmniej kilka sposobów na to, by wyrazić jak wielką przyjemność czerpię z takiego wydarzenia jakim stał się Next Level. Mógłbym teraz wymyślać twórcze metafory i zalecać Ci zabranie ze sobą strzykawek z adrenaliną na wypadek gdybyś zemdlał, bo zemdlejesz ale nie o to tutaj chodzi.

Chodzi o to, by docenić wszystkich, którzy dołożyli od siebie po małej cegiełce, by odbiór tego wydarzenia był możliwie jak najlepszy. Twoja i wasza obecność sprawiła, że po raz kolejny byliśmy świadkami wydarzenia, o którym jeszcze kilka lat temu nikt nie pomyślałby, że jest możliwe do zrelizowania. Mimo to, byliśmy tutaj. Przeżyliśmy to. W sumie to zabawne, ale przeglądając zeszłoroczne podsumowanie zauważyłem, że bardzo pokrywa się ono z tym co widzieliśmy w tym roku. Event był bowiem po raz kolejny głośny za sprawą Konrada, widowiskowy dzięki downforcegarage.co.jp i Młynkowi, szokujący przez lecącego w powietrzu Giovaniemu i wesoły dzięki nocnej wixie Fatclanu i City Breakout, po prostu znów okazał się GE-NI-ANAL-NY!

Dostaję gęsiej skórki, gdy pomyślę sobie, że w przyszłym roku prawodpodobnie poziom jeszcze wzrośnie. A kto wie kogo wtedy zobaczymy? Low Origin, Drift Bastards, Tye, Jaden, Nakamura? Uśmiechnąłeś się co? A spodziewałeś się Hoonigansów w zeszłym roku? No właśnie. Pamiętaj, nawet jeśli takie cos jak sprowadzenie japończyka na event wydaje Ci się nierealne, pamiętaj że goście od Next Level potrafią załatwić rzeczy o jakich nam się nie śniło. Kto wie co spotkamy za rok!?

Na koniec chciałbym dodać, że strasznie cieszę się, że organizatorzy uczą się na własnych błędach i wyciągają z nich wnioski. Cieszy duża liczba foodtrucków, scena otwarta dla publiczności, duża liczba leżaków i ochrona z prawdziwego zdarzenia. Jestem dumny, że w moim kraju, są osoby, które potrafią stworzyć tak niezwykłe i zarazem wspniałe widowisko, w którym potrafią odnaleźć się zarówno rodacy jak i zagraniczni goście. Make drift great again!

W imieniu swoim i Oliwii DZIĘKUJEMY i zapraszamy do dwóch odrębnych galerii, które znajdują się poniżej wpisu.

Galeria Oliwii:

Galeria Macieja:

Zapraszam do pozostawiania komentarzy pod wpisem. Napisz jak bawiłeś się na Next Level, co podobało Ci się, a co należałoby poprawić?

Dodaj komentarz