W pogoni za ideałem: SeduceD II drift event by DORIMINATI

To było chyba najgorsze doświadczenie w moim życiu. Pełny atak paniki. Przejście przez piekło. Zwinąłem się w sobie i łkałem w pozycji embrionalnej. Ktoś starał się mnie uspokoić. Tak swoje doświadczenia z pakistańską trawką opisuje Grzegorz z Warszawy. Ja tymczasem chciałbym opowiedzieć o swoich doświadczeniach z drugą odsłoną świetnie zapowiadającego się SeduceD II by DORIMINATI.

Pewna grupa o dużym upodobaniu do japońskich driftcarów, obwieściła pewnego letniego wieczora, że na ich październikowym evencie zjawią się duże osobistości z zagranicy. W komentarzach pod postem szybko rozpętała się zagorzała dyskusja tfu! Wymienianko-zgadywanka. Przynajmniej tak to wyglądało na pierwszy rzut oka.

I choć nikt nie wydłubywał sobie oczu ani nimi nie rzucał to w zasadzie łatwiej było wymienić kto nie został wspomniany niż odwrotnie. Widziałem tam całe spektrum nazwisk od Stevyiego Bryanta po Karolinę Pilarczyk, a samo odgadnięcie hasła w tej “zagadce” nie należało do najprostszych rzeczy. Dużo nazwisk, mało konstruktywnych komentarzy. Polski Facebook w pigułce. W ten sposób temat SeduceD II przez chwile był na topie Facebook-owych tematów.

By ten flow podtrzymać, organizatorzy skorzystali z najlepszego w tym momencie rozwiązania i zdradzili nazwisko pierwszego z gości. Nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, ani nawet Watsonem, by zauważyć podkręcaną przez DORIMINATI atmosferę. O wydarzeniu zaczęło robić się głośno. Zdradzonym nazwiskiem przekonali w jednym momencie niemal każdego zainteresowanego – w tym jak mniemam również Ciebie – do przybycia na ten event. A jak sam pewnie wiesz to nie było takie proste, w końcu spłukałeś się po wyjeździe na NEXT LEVEL, zgadłem?

No właśnie, a to dopiero początek drogi do rozmyślań. W tamtym momencie musiałeś odpowiedzieć sobie na pytanie. Jechać? Czy zostać w domu i płakać w poduszkę, że przepuściłeś być może jedyną w życiu okazję do porozmawiania lub nawet przejechania się z jednym z najbardziej rozpoznawalnych drifterów na świecie?

Na to pytanie i ja musiałem sobie odpowiedzieć. Prawidłowa odpowiedź mogła być tylko jedna. Jadę! Podobnie było z pytaniem czy SeduceD II, będzie gwarantem dobrze wydanych pieniędzy na LPG do mojej świeżo co nabytej Toyoty? Przypuszczam, że jednym z powodów dla których zarówno ja jak i Ty czytelniku tak niecierpliwe wyczekiwałeś tego eventu, byli właśnie goście z zagranicy.

I bardzo dobrze! Bo od jakiegoś czasu organizatorzy grassrootowych eventów nieomal dreptali w miejscu. Wystarczyło rzucić termin, zadzwonić w kilka miejscówek, wybrać jedną i ustalić wysokość wpisowego. Potem tylko pościk na facebook-u i marketing wirusowy. Zrobione. Można czekać na przelewy.

Właśnie uprościłem mega złożony proces organizacji eventu driftingowego – przypominający schemat budowy czołgu T55 – do czegoś w rodzaju instrukcji rozruchowej latarki. I to bez dwukliku! Mimo tego cieszę się, że eventy nie są już organizowane tylko po to żeby pojeździć lub popatrzeć na jeżdżących, ale posiadają też pewną wartość dodaną jak np. tegorocznych gości z zagranicy.

Teraz weź głęboki wdech wyłącz teledysk sióstr Godlewskich i sam pomyśl, albo nie! Najpierw wypuść powietrze! W ogóle to ten cały proces wdechowo-wydechowy powtarzaj, przynajmniej do końca tego wpisu. Ok? Dobra. Mamy to. Teraz pomyśl jak duże znaczenie dla naszej sceny miało zaproszenie gości? Moim zdaniem bardzo duże. Co przypadku gdyby kolejny event z rzędu okazał się wydarzeniem poniżej oczekiwań?

Byłby nudniejszy, lub zwyczajnie mniej atrakcyjny, bo ile razy można oglądać upalanie na tej samej trasie? Prędzej czy później stwierdziłbyś, podobnie jak kilkadziesiąt innych osób, że nie stanie się nic złego jak opuścisz jeden event, a później drugi i kolejny, aż w końcu i kierowcy przestaliby przyjeżdżać bo myśleliby tak samo. A no właśnie! Nim taka sytuacja zdążyła się wydarzyć, organizatorzy – w tym przypadku DORIMINATI – wprowadzili sprawdzone środki zapobiegawcze. W porę!

Mała uwaga: Co prawda w tym roku pierwszy przed szereg wyszedł NEXT LEVEL, który to zaprosił ekipę HOONIGAN oraz m. in. Low Origin co przełożyło się na istny ogień! Jednak nie zapominajmy, że to DORIMINATI, a wcześniej Drift Familia zapoczątkowały proces zapraszania znanych drifterów na swoje eventy patrz > NORBEFILMS.

Jeśli więc znasz drifting tylko od strony grassrootowej z pewnością szybko sięgnąłeś po chusteczki i mydło w płynie, gdy dowiedziałeś się, że jednym z gości będzie Alexi Smith. Ja tak prawie zrobiłem. Żartowałem, mam przecież dziewczynę. Jednak smuci mnie świadomość, że dla dość sporej grupy osób to imię i nazwisko jest czymś obcym. Co innego, gdy te osoby uświadamiają sobie, że to właściciel kanału na YT o nazwie NORIYARO jak było to w przypadku postu Gobli. Mogę z dużą dozą pewnością stwierdzić, że mój monitor zaczął wówczas wibrować i alfabetem morse-a przekazywał tylko “WOOOOOW” wszystkich mniej kumatych, którzy w jednym momencie to sobie w końcu uświadomili.

Wracając. Przynależność do tej wychowanej na grassrootowym driftingu grupy, automatycznie czyni z Ciebie ignoranta prosceny. Przynajmniej tak jest we większości przypadków gdy przeglądam grupy motoryzacyjne na facebook-u. I tak nazwiska czołowych drifterów nie robią na Ciebie wrażenia? Driftcary za setki tysięcy dolarów nie są dla Ciebie niczym szczególnym? Wisefab to najgorsze zło? Tak myślałem. Choć z tym ostatnim chyba wszyscy się zgadzamy?

Twoim dokładnym przeciwieństwem są osoby wychowane na profesjonalnej scenie, gdzie rywalizacja i duże moce są na porządku dziennym. Jednak czy wiesz, że Ci ludzie potrafią też docenić grassrootową scenę? Spójrz na mnie. Przez kilka lat gościłem na każdej rundzie DO i DMP, później także był pewien epizod z DM.GP. Ba! Od 2010 roku śledzę każdy sezon FormulaD, choć ostatnimi czasy oglądam go w samotności. Czy jestem spierdolony? Wróć! Nie chce znać waszych odpowiedzi na to pytanie. Tak. Uwielbiam scenę grassroots.

Dlatego wiadomość o pojawieniu się Chelsea’go DeNofy była dla mnie wspaniałym przeżyciem. Sam nie wiem, która z wiadomości bardziej mnie ucieszyła? Przyznam, że BOSS i Gobla odwalili kawał świetnej roboty bo bardzo się postarali w doborze gości na ten event. Sam nie byłem w stanie zdecydować czy to info o pojawieniu się Smith-a czy DeNofy była dla mnie kluczowa? Było to dla mnie wyjątkowo trudne z uwagi na to, że Chelsea był idealnym przykładem do tego, by zmienić postrzeganie prodrifterów przez oba obozy. Tak, dokładnie. Przez obydwie strony naszej polskiej barykady.

Po primo Chelsea był idealnym przykładem na to, że driftując 900 konnym Mustangiem, a w przeszłości także E36 2.8 o mocy 777 koni mechanicznych w znienawidzonej przez wielu Formula Drift, potrafi również odnaleźć się w zwykłym E46 z M52B25 lub jak było to podczas SeduceD II – M54B30.

Po drugie primo to świetny przykład na pokazanie dystansu do siebie i do sceny oraz dostrzeżenia różnic w podejściu do życia prodrifterów z USA i Polski, którzy jak wiemy grassrootowe eventy omijają szerokim łukiem. Mówię oczywiście o tych z Polski. Inaczej sprawa wygląda w USA, gdzie na mnóstwo eventów prodrifterzy przyjeżdżają swoimi streetowymi driftcarami, a często także i prodriftcarami do zawodów.

Z drugiej strony obecność Alexiego to idealny wręcz trójkąt – nie w tym sensie zboczeńcy – do wymiany doświadczeń i poznania tym samym dwóch skrajnie odmiennych światów. Co najważniejsze mogliśmy je skonfrontować z polskimi realiami – trzeci świat. To jedna z tych rzeczy, której częścią zawsze chciałem być! Teraz dzięki DORIMINATI mogłem tego doświadczyć. Od Alexiego dowiedziałem się ponadto kilku ciekawostek, które tylko potwierdziły to co do tej pory słyszałem. Z kolei przejażdżka na lewym z Chelseam to prawdopodobnie najlepsze driftingowe wspomnienie w moim życiu… Serio! Ale to było na zakończenie dnia, wcześniej nic tego nie zapowiadało…

Dzień rozpoczął się typowo. Gdy obudziłem się bladym świtem, nie sądziłem że zakończy się on w taki sposób. Zaledwie kilka dni wcześniej zakupiłem Toyotę, która tymczasowo ma mi służyć jako mój jedyny środek transportu z racji tego, że moja nienawiść do publicznego transportu i świadomość bycia zależnym od jakiegoś molocha administracyjnego doprowadza mnie do furii. Poniekąd też fakt, że zbieram na motoryzacyjne marzenie przyczynił się do jej zakupu i była to dla mnie pierwsza tak daleka podróż tym autem. Da radę? Musi – pomyślałem. Spakuje się więc do Toyoty, którą dopiero co kupiłem i wyruszę w kilkuset kilometrową drogę, by tego samego dnia wrócić. Co złego może się stać? Tak to pytanie retoryczne.

Najpierw chwyciłem za ładowarkę, z której wyciągnąłem baterię do Canona, upewniłem się jednocześnie, czy karta pamięci jest na miejscu, po czym wyruszyłem, a raczej wyruszyliśmy z Oliwią w podróż na moje drugie – a Oliwii pierwsze – SeduceD na Autodromie Jastrząb pod Radomiem.

Radom, jadom! Nie wiem czy wiecie, ale Radom posiada dwie kategorie mieszkańców. Pierwsi uważają, że to najgorsze miejsce do życia w Polsce, drudzy natomiast plasują je na pierwszym miejscu miast w których najlepiej popełnić samobójstwo. Urocze.

Inna zaś legenda powiada, że pewną ścieżką chodził sobie wielki król naszego wielkiego kraju. Zmęczył się, dlatego usiadł na pieńku stojącym przy dróżce. Był on bardzo niewygodny, więc monarcha krzyknął o kur**! Zbudowano tam miasto o tej samej nazwie, którą po wielu latach zmieniono na Radom.

Radom nie leżał więc w kręgu moich zainteresowań i chyba nigdy nie zatrzymałbym się tam celowo, co innego w okolicach Tomaszowa Mazowieckiego, tam to dopiero są pustostany po fabrykach! Nic tylko bawić się w Urbex! Niestety nie tym razem. Azymut Autodrom Jastrząb!

Umiejscowienie Autodromu Jastrząb jest… dziwne. Zrozumiałe, ale dziwne. Chociaż określenie “dziwne” do końca tutaj nie pasuje. Drugi raz w życiu jechałem w to miejsce i wjechałem tam od kompletnie z innej strony niż ostatnio. Nie wiem czym jest to umotywowane? Może pole magnetyczne Radomia zaburzyło kompas w nawigacji mojego iPhone’a? Naprawdę nie wiem.

Samochód zaparkowany. Drzwi zamknięte. Aparaty w dłoń i jak zwykle spóźnieni idziemy robić research, bo szczerze powiedziawszy nawet nie wiedziałem, kto zadeklarował swoją obecność na tym evencie, a kto odpuścił. Szybko okazało się, że kierowców jest znacznie więcej niż podczas pierwszego SeduceD, co oczywiście przy rozmiarach Autodromu Jastrząb jest na ogromny plus.

Pierwsze zaskoczenie? Aron, który przyjechał 320td, a więc charakterystycznym czerwonym compactem, którego oznaczenie na klapie zdradza silnik i rodzaj nadwozia. Z rozmów jakie przeprowadziłem z Aronem na Summer Drift Camp wiem, że bardzo mu tęsknił za powrotem do tych czasów, gdzie przyjeżdżał na eventy na kołach i na nich też wracał. Odważne, bardzo odważne. Zwłaszcza biorąc pod uwagę agresywny styl jego jazdy. Jednak jak sam stwierdził, w połowie dnia, jeśli ktoś uważa, że IS-em się ciężko jeździ i trzeba się dużo nakopać, ten powinien najpierw spróbować swoich sił dwulitrowym dieslem. TRAGEDIA. Mimo wszystko Aron przejeżdżał całą trasę za co go podziwiam.

Drugie zaskoczenie, gdzie jest Alexi? Szybko okazało się, że jeszcze odsypia poprzedni dzień w hotelowym pokoju. Pozostało czekać do 13:00 gdy Skyline R33 stylizowany na jego Beercan-a R32 wyjechał na tor. W sumie to powinniśmy nazywać R33 Vodkan. Nie do końca tego się spodziewałem po gościu z Japonii, ale do tego jeszcze wrócę. Co mnie jednak bardziej ciekawiło to ilość osób pojawiających się na evencie.

Trzecie zaskoczenie, poszkodowane compacty. Niech ten, który upalał na tym evencie compactem i nie wyjechał z niego bez crasha pierwszy rzuci kamieniem. Aron? Niee on co najwyżej zrobił agro. Co innego Roman, w którego E36 uszkodzeniu uległo nie tylko body… Z kolei TOFUPAWEŁ no cóż… ten compact miał mniej szczęścia. Przez silną chęć stworzenia traina z E46 Chealsiego (M54B30) i E46 Aarona (M54B28) doszło do crasha. Aaron bowiem wyspinował w połowie trasy za mocno się przekładając na którego wpadł przedstawiciel TEAMCUTE.

Na koniec dnia compact Pawła wyglądał jak smutna żaba Pepe, szczególnie gdy był już zapakowany na lawetę. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło bo compacty na 2019 zostaną odbudowane, a niektóre doczekają się być może nowych odsłon? Kto wie! Oprócz compactów swoje pięć minut miało GT86, którego kierowca nie ogarnął przekładki i efektownie spadł z “nasypu” zawieszając swoje auto na nim.

Czwarte zaskoczenie. Ile biegania! Po kilkugodzinnym bieganiu po tym bardzo sporym obiekcie i fotografowaniu m.in. Soarera Gobli, który bardzo dobrze prezentuje się na tym obiekcie, przyszła wreszcie pora na odpoczynek i odwiedziny foodtrucka wspólnie z Nicolasem i Sylwią. Gadka zeszła tradycyjnie na tematy automotive ale stricte branżowe i mimo miłej pogawędki w końcu trzeba było tam wrócić. Tam tzn. na tor.

Nie do końca się to udało, bowiem idąc do auta po coś do picia, zaczepił nas Michał z Dominiką, którzy przyszli do nas z zapytaniem czy będziemy może jechać do sklepu? Nie znałem żadnego sklepu w okolicy ale w sumie czemu mielibyśmy jakiegoś nie znaleźć? Tutaj Toyota upadła po raz pierwszy. W drodze do sklepu, który jest oddalony od toru o jakieś cztery kilometry zapaliła się kontrolka ładowania. Już wiedziałem, że będzie wesoło.

Dzięki temu, że wożę ze sobą sprzęt diagnostyczny, zwany kostką ELM327 na bluetooth za 17zł z allegro byłem w stanie zobaczyć co się dzieje. Sami więc widzicie, że nie ma żartów z taką aparaturą w schowku. Ładowanie było w normie mimo tego, światła przygasały i w ogóle działy się niestworzone rzeczy.

Wróciliśmy na tor, a gdzieś z tyłu mojej głowy wciąż przewijała się myśl o kontrolce ładowania żarzącej się na desce rozdzielczej Toyoty i czarne myśli o powrocie do domu. A droga powrotna liczyć miała 367 kilometrów. Taa… To był pewien problem. Gdy już na chwilę o tym zapomniałem, udałem się z powrotem na tor, by skorzystać z golden hour. Oliwia została z Karoliną – dziewczyną Romana, którego znacie z błękitnego 323ti E36. Ja tymczasem udałem się na małą rundę wokół toru by zatrzymać jeszcze kilka momentów do formatu .RAW.

Gdy już wszystko zbliżało się ku końcowi, Bartek namówił mnie, żebym poszedł do Chelseago DeNofy na lewy na co początkowo nie chciałem przystać. Sam nie wiem czemu. Ot tak po prostu, chyba nie chciało mi się załatwiać kasku. W każdym razie gdy usłszałem, że Chelsea jak to Bartłomiej określił “[…]ten gość jest popierdolony!” (mogło to brzmieć nieco inaczej) stwierdziłem, OKEJ muszę się przejechać i raz jeszcze chciałbym w tym miejscu powiedzieć. Dziękuję Bartek, że mimo takiego trudu udało Ci się mnie przekonać. Było WSPANIALE. Ale o tym jeszcze wspomnę.

Wybiła 18:00 dzień na torze nieoficjalnie się zakończył, na oficjalne zamknięcie tego dnia musieliśmy jednak jeszcze trochę poczekać, bowiem w boxach czekała dekoracja uczestników tego eventu, a także specjalna nagroda od Aliexiego, który nagrodził Szesza własną naklejką “Noriyaro”. 100% legit, bo wycinana jeszcze w Japonii! Finalnie znalazła się na tylnej szybie AE Szesza, a ja miałem tą nieskromną możliwość udokumentowania tego na zdjęciach!

Na sam koniec przygotowano Q&A z zagranicznymi gośćmi jednak, Chelsea i Aaron poszli coś zjeść i się ogarnąć przed planowanym Q&A bo podczas całego dnia nie mieli czasu by iść coś zjeść. Tak byli zaoferowani tym wydarzeniem i tak dobrze się bawili! Mało kto jednak był wstanie zostać i poczekać wystarczająco długo na to spotkanie, dlatego my sami mimo wyczekiwania około 30-40 minut, stwierdziliśmy że czas się pożegnać bo daleka droga przed nami. Poszliśmy pożegnać się z całą ekipą w tym z Ponczakiem, którego nie widziałem od nie wiadomo kiedy! Żegnaliśmy się ze wszystkimi wiedząc, że prawdopodobnie zobaczymy ich ponownie dopiero w okolicach maja 2019. NO CHYBA, ŻE POJEDZIEMY DO… NO! Nie powiem. Dowiecie się po fakcie.

Toyota odpaliła bez najmniejszego problemu i mogliśmy wrócić do domu, po drodze tankując na podejrzanej stacji krzak, żeby podkręcić dramaturgię sytuacji i wizji rozładowywanego akumulatora i koczowania na poboczu do godzin porannych za lawetą! Tak się jednak nie stało! Toyota jak to Toyota okazała się mieć wylane na wszelkie kontrolki i dowiozła nas bez zająknięcia do domu, a problemem palącej się kontrolki był… bezpiecznik o za niskim amperażu. Powinien być 10a, a poprzedni właściciel postanowił zastąpić go słabszą, 5a wersją. Brawo dla niego, ciekawe na czym jeszcze oszczędzał. Pewnie niedługo się dowiem.

Jako, że był to event jednodniowy ograniczę się do 5 najważniejszych punktów tego dnia.

5. Alexi Smith – noriyaro

Kojarzycie Roberta Makłowicza? Tego polskiego kucharza i krytyka kulinarnego? No tą największą twarz Galicji, przyjaciela Austriaków, Węgrów i Niemiec, znany z tego, że zaraz po urodzeniu sam przyrządził sobie pyszną kaszkę mannę z malinami i brandy. Człowiek, który potrafi opisać danie w jedyny w swoim rodzaju sposób, tu przykład *”Smakuje wyłącznie słodko i doskonale”.* Prawdziwy wirtuoz smaku. Jego japońskim odpowiednikiem w dziedzinie driftingu jest w pewnym sensie Alexi Smith aka noriyaro. Okej może Alexi nie ma dużego brzucha… i jest też wyższy, w sumie mówi o wiele sensowniej, no i zna się na tym o czym opowiada. Dobra, noriyaro na pewno nie ma nic wspólnego z naszym Rogerem, chociaż…

Alexi Smith – Australijczyk od lat mieszkający w Japonii. Twórca kanału “noriyaro” w serwisie YouTube. Przygodę z googlowskim serwisem video rozpoczął w marcu 2009 roku, wtedy też powstał jego pierwszy film, przypominający vloga w którym zasiadł na lewym fotelu Z32 Satoru Koyamy, który startował wówczas w D1GP. Mniej więcej coś takiego przeczytalibyście w wikipedii, gdybym wprowadzał do niej nowy index. Ja jednak chciałbym zauważyć, że przez lata jego kariera rozwinęła się niczym kuchenne rewolucje Magdy Gessler. Kanał z aspiracjami na milionową widownie, jest jednak niszowy i trafia zaledwie do 361 tysięcy stałych odbiorców. Tak po prawdzie to nie musiałem go tutaj przedstawiać, co więcej mogłem nawet nie opisywać jego wizyty w naszym kraju bo wszystko jest u niego na kanale.

Jedyne czego możecie nie wiedzieć to fakt, że R33 wyposażone było w seryjny silnik RB25DET sprzężony z manualną skrzynią z BMW. Sam bodykit przybył do Polski od naszych braci z mateczki Rosji, po czym został zamontowany, a całe auto zyskało nowe barwy i… to by było na tyle. Sam Alexi nie mógł się przyzwyczaić do naszej polskiej / europejskiej kuchni… – ot taka nic nie znacząca informacja.

Z ciekawszych rzeczy o których mówił Alexi zapamiętałem jedno. W Japonii w odróżnieniu od innych krajów świata teamy driftingowe to naprawdę teamy. Co to znaczy? A no ni mniej ni więcej jak to, że niemal wszędzie jeżdżą razem, trenują i doskonalą tym samym swoją technikę. Noriyaro dał przy tym świetną wskazówkę dla wszystkich zebranych drifterów, jeździjcie razem, angażujcie w to swoich kumpli i driftujcie, nie bójcie się powiedzieć ZIOMEK JEŹDZISZ JAK CIOTA! albo TO BYŁO DO BANI! wtedy ten drugi się zmotywuje, by udowodnić, że potrafi, że da radę. Taki pocisk motywuje ziomka do lepszej jazdy i między innymi w taki sposób doskonalą swoją technikę Japończycy. Szczególnie dobrze zapadało mi to w pamięć bo zawsze słuchałem tylko o tym, że w Japonii zabija się indywidualność i wszyscy pracują na wspólne dobro. Jak widać to prawda, ale korzyści jakie płyną z tego typu akcji są dla całego teamu jak i dla pojedynczego kierowcy są ogromne czego chyba nie trzeba nikomu udowadniać.

Niestety z punktu widzenia obserwatora jazda Alexiego nie należała do najlepszych, ale myślę, że to nie kwestia skilla bo po onboardach widziałem, że to bardzo utalentowany kierowca, jednak specyfika trasy, jej szerokość, mnogość linii oraz seryjne R33 z przeróbką na manual… nie wiem może w tym tkwił problem. Mimo wszystko o wiele bardziej ciekawiło mi jak on widzi naszą scenę porównując ją z Japonią niż sama jego jazda! Dziękuję DORIMINATI za zaproszenie takiego gościa!

4. Ja tylko chciałem burgerka z lekko chrupiącą bułeczką

Przez kilka ostatnich lat odwiedziłem mnóstwo eventów w całej Polsce i nie po raz pierwszy w życiu odniosłem wrażenie, że niektóre foodtrucki zostały założone przez kompletnych imbecyli. Na przykład, na Summer Drift Camp 2 przez złe zarządzanie włalścicieli foodtrucka w kilka godzin wyprzedano całą wołowinę i jeśli miałeś ochotę na burgergka musiałeś go sobie wymyślić i w tych myślach go zjeść bo na kawałek ciepłej wołowiny w chrupiącej bułeczce nie miałeś szans. Pozostawała opcja zamówienia pizzy, albo udanie się do chińczyka w galerii.

Na SeduceD I z kolei foodtruck serwował coś co przypominało grillowaną nogę mrówki w cenie hamburgera z renifera i to po kursie korony norweskiej. Drogo, niezbyt smacznie i bez sensu. Ja naprawdę nie wiem, czy właściciele foodtrucków nie dostrzegają potencjału drzemiącego na tego typu eventach? Dlaczego nie potrafią zrozumieć, że klientom potrzebne są tylko trzy rzeczy: terminal do płatności kartą, sprawna obsługa i burgerek z lekko chrupiącą bułeczką. Czy to naprawdę takie trudne?

Najwidoczniej tak, bo na SeduceD II był ten sam foodtruck co wcześniej, także jeśli marzyłeś o burgerku to musiał on pozostać w sferze Twoich marzeń. Plus obecnego na evencie foodtrucka był taki, że tym razem jedzenie nie było przyrządzane na grillu z TESCO za 30zł obok foodtrucka, który służył tylko do kasowania pieniędzy, a bezpośrednio w nim… chyba.

Niemniej jednak serwowane porcje nareszcie urosły, a samo jedzenie nie było najgorsze, choć do wyboru były tradycyjne majówkowe potrawy czyt. kawałek piersi kurczaka z grilla, kiełbasa, karkówka i chyba sałatka? To by było na tyle. Zapłaciliśmy, zjedliśmy, przeżyliśmy. Tak to podsumuję.

Zastanawiacie się pewnie dlaczego poruszam takie pierdoły? Bo wiecie jestem prostym człowiekiem i w moim życiu lubię przede wszystkim trzy rzeczy: dobrze zjeść, spać na wygodnym łóżku i Oliwię. Niekoniecznie w tej kolejności. Dlatego jakość jedzenia w dowolnym miejscu w którym jestem odgrywa dla mnie bardzo istotną rolę.

3. Sylwester o którym byście nie pomyśleli!

A teraz z innej beczki. Sylwester Andrzejewski, to kierowca którego prawdopodobnie nie kojarzycie. Nie ma fame’u równego Muskowi, Szeszowi, DORIMINATI ba! Nie posiada nawet własnego fanpage’a a prowadzenie Instagrama idzie mu… dość słabo. Sorry for this Sylwek. To sprawia, że nie ma on siły przebicia i wielu z Was nie dostrzega jego talentu.

Talentu, który przez lata szkolił w LFS’ie, a obecnie w Assetto Corsa, gdzie bierze czynny udział w zawodach Drift Corner Grand Prix przez co ma okazję potrenować choćby z Pawłem Trelą, Pawłem Korpulińskim, Alanem Hynes’em (najstylowszym prodrifterem w prozawodach w Europie) oraz wieloma innymi utalentowanymi kierowcami od Brazylii po Australie.

To co ja chciałbym zauważyć to fakt, że Sylwester podobnie jak TOFUPAWEŁ potrafił dotrzymać kroku Chelsiemu DeNofie. Nawet popełniając pewne błędy od czasu do czasu gonił go lub skracał trasę po to, by tylko go dojechać i zmniejszyć dystans, by tylko dopracować jazdę drzwi w drzwi i przekładki. Nie od dziś wiadomo, że od lepszego kierowcy nauczysz się szybciej i więcej bo jeździ on bardziej zachowawczo i możesz mu zaufać bardziej niż jakiemuś randomowi, który pierwszy raz przyjechał gruzem na event.

Sylwek z eventu na event zalicza progres równy postępowi technologicznemu w ciągu ostatnich 10 lat i prędzej czy później o nim usłyszycie, więc poświęćcie trochę uwagi dla granatowego E36 coupe!

2. Chelsea DeNofa i Aaron (Lone Star Drift)

Podczas gdy wszyscy byli zaaferowani Chelseam i Alexim, mało kto zwracał uwagę na towarzysza tego pierwszego. Większość z Was miała go po prostu za jakiegoś ziomka DeNofy, który przy okazji też upala. Nic bardziej mylnego. Aaron, którego na instagramie znajdziecie pod nickiem @aaronlosey to jedna z czołowych osób w USA pod względem organizacji eventów grassrootowych i zawodów driftingowych, które bardzo przypominają dawne D1SL. Organizacja Lone Star Drift i serie jak Lone Star Drift czy Texas Drift Legal to rzeczy, które nie istniałyby bez tego jegomościa.

Będąc taką osobistością Aaron posiada oczywiście bardzo dużego skilla o czym mogliśmy przekonać się oglądając jego pary z Chelsea-m. Miałem nieskromną przyjemność usiąść na lewym fotelu w E46, którym jeździł DeNofa. Mimo M54B30 w niebieskim sedanie, Aaron bez problemu dotrzymywał mu kroku w srebrnym sedanie z M52B28! Może się Wam wydawać, że to nic takiego, wiele osób jeździ blisko siebie, ale zapewniam Wam, NIGDY nie widzieliście żadnej pary, która potrafiłaby przejechać całą nitkę Autodromu Jastrząb drzwi w drzwi, składając lusterka kilkukrotnie na jednym okrążeniu!

Zbijanie sobie piątek z pasażerem drugiego auta? Żaden problem. Poganianie leadującego poprzez popychanie go pod górkę? Pewnie! Mnóstwo śmiechu, funu i komentowania w zabawny sposób zapachu sprzęgła to tylko niektóre rzeczy, których doświadczyłem! Pewnie na dniach wrzucę jakieś video na fanpage z tych przejazdów. Dla mnie było to niesamowite przeżycie, a przyglądam się dość bacznie naszej scenie od lat! Zakochałem się w tym stylu jazdy! Nie był agresywny… był płynny, idealny, najlepszy na świecie. Oby wszyscy w naszym kraju osiągnęli taki poziom i jeździli tak na każdym evencie, tego sobie i Wam życzę.

1. Nagrody, noriyaro i podziękowania!

Bardzo ale to bardzo mega spoko opcją jak nauczyło nas DORIMINATI było podziękowanie uczestnikom i wyróżnienie, niektórych z nich. Dekoracja odbyła się tradycyjnie wieczorem. Po całej ceremonii noriyaro, który cały dzień spędził na filmowaniu – oczywiście poza rozmowami i jeżdżeniu – postanowił wyróżnić jednego kierowcę i tym razem padło ponownie na Szesza!

W nagrode Alexi wręczył mu oryginalną naklejkę noriyaro, która zagościła na AE Szesza, jeśli więc nie byliście na SeduceD II, przy kolejnej okazji jeśli Szesz Wam pozwoli, może będzie mogli dotknąć tego świętego grala. Ale to było słabe co napisałem…

Ja chciałbym z kolei podziękować Romanowi i Pawłowi za to, że robili to samo co Chelsea i Aaron ale w mniejszej skali bo w 3/4 E36. Mega bliskie pary, czego potwierdzeniem są zdjęcia poniżej, a także czysta zabawa to dwie rzeczy, które ich wyróżniały podczas tego eventu. Nie żeby inni się dobrze nie bawili. Czy czegoś mi brakowało? Aristo BOSSa. które niestety dzień spędziło na lawecie podczepionej do najlepszej generacji Mercedesa klasy G! I to chyba na tyle.

SeduceD II nie został zorganizowany z myślą o szerokiej publiczności. Nie ma Cię przekonywać mocnymi driftcarami, ani zdumiewać zróżnicowaną trasą. On jest po prostu częścią, trybikiem w większej machinie, którą Amerykanie nazywają grassroot driftingiem. Bez DORIMINATI i ich SeduceD, podobnie jak bez NEXT LEVEL byłoby pusto, a Polska byłaby po raz kolejny najlepsza w byciu najgorszą. Całe szczęście, że jest odwrotnie.

Tradycyjnie nie bójcie się kliknąć lubię to i udostępnić tego wpisu szerzej! Ja ze swojej strony dziękuję za dobrnięcie do końca wpisu i zapraszam do zapoznania się z DWIEMA galeriami. Jedna dostępna po kliknięciu na poniższy kafelek, który przeniesie Was do mojej galerii na Flickr, druga niżej należy do Oliwii, która złapała wiele bliskich par! Szczęśliwego Nowego Roku!

GALERIA 1:

GALERIA 2:

« 1 z 4 »

Dodaj komentarz